Taki trochę nic nie wnoszący rozdział, ale dawno nie pisałam tego opowiadania i musiałam trochę poprzynudzać :)
Ivy:
Leżałam właśnie na łóżku i zastanawiałam się, co zrobić, żeby pocieszyć Sebastiana. Chociaż nie. Ja nie chciałam go pocieszać. Chciałam, żeby zapomniał o całej tej sprawie związanej z Marią, odciął się od tego wszystkiego. Niestety w myśleniu nie pomagało mi ciche chrapanie Rachela śpiącego z głową na moim brzuchu. Westchnęłam i potarmosiłam go lekko po włosach. Nie otworzył oczu, ale za to zalała mnie fala błogiej ciszy. I nagle mnie olśniło! Dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłam! Wyjedźmy nad jezioro! Co prawda możemy tylko na weekend, bo chłopaki nie mogą pozwolić sobie na tym etapie kariery na jakąś dłuższą przerwę, ale to zawsze coś. Te dwa dni powinny wystarczyć, żebyśmy wszyscy odpoczęli i nabrali dystansu do pewnych spraw.
Uśmiechnęłam się do własnych myśli i spojrzałam w bok na zegarek stojący na szafce nocnej. Była dopiero 6:34, więc ponownie zamknęłam oczy, bo miałam jeszcze dużo czasu.
Obudziło mnie delikatnie łaskotanie czymś miękkim i pachnącym cynamonem na policzku. Zmarszczyłam nos i otworzyłam powoli oczy. Moje tęczówki momentalnie zderzyły się z czekoladowymi tęczówkami Rachela, który pochylał się nad moją twarzą drażniąc ją opadającymi włosami.
- Wstawaj, spóźnisz się do pracy. - wymruczał wprost w moje usta, a następnie namiętnie je ucałował. Przywarłam do jego ciała nie pozostawiając nawet milimetra wolnej przestrzeni i wplotłam palce w jego bujną fryzurę. Niestety, musieliśmy skończyć te pieszczoty, więc oderwałam się niechętnie od "mojego narkotyku" i delikatnie zepchnęłam go z siebie. Bolan westchnął tylko niezadowolony, ale nic nie powiedział.
Uśmiechnęłam się do niego jedynie i już po chwili zamykałam za sobą drzwi od łazienki.
W pracy zupełnie nie mogłam się skupić i pisałam jeden artykuł dobre cztery godziny. Co chwilę coś poprawiałam lub wyrzucałam kilka akapitów i zaczynałam całą pracę od nowa. Dziwnie się czułam pracując w tym samym miejscu z Marią. Co prawda nie miałyśmy ze sobą zbyt wiele do czynienia, ale i tak blondynka kilka razy próbowała złapać ze mną kontakt i pogadać, ale skrzętnie jej unikałam. Nie chciałam na razie z nią rozmawiać, bo nie wiedziałam jak się zachować. Może to głupie, w końcu przyjaźnimy się od dzieciństwa, ale chciałam być fair wobec Sebastiana, który jest dla mnie jak brat. Miałam taki mętlik w głowie, że postanowiłam z nią nie rozmawiać dopóki sobie tego wszystkiego nie ułożę. Może uda mi się przemyśleć całą sytuację jak pojedziemy nad to jezioro. Tak w ogóle muszę powiedzieć o moim pomyśle chłopakom.
- Czeeeść! - wydarłam się, gdy tylko przekroczyłam próg domu. Odpowiedziała mi głucha cisza, więc wzruszyłam ramionami i poszłam schodami do pokoju. Wyglądało na to, że jestem sama w domu. Chłopaki pewnie mają próbę, albo gdzieś łażą bez celu po Los Angeles. No nic, będę musiała jeszcze poczekać, żeby im powiedzieć, co takiego wymyśliłam.
Stwierdziłam, że przygotuję coś do jedzenia, bo raczej nie mam nawet co liczyć na to, że oni coś zrobili. Oczywiście się nie myliłam i w kuchni zastałam jedynie pozostałości po śniadaniu. Nawet tego nie chciało im się sprzątać. Pokręciłam głową z dezaprobatą i wstawiłam naczynia do zlewu, a następnie otworzyłam lodówkę. Z tego, co zobaczyłam stwierdziłam, że przygotuję makaron w sosie serowym. Włączyłam małe radio stojące na blacie i wsłuchując się w dźwięki "Mama Kin" Aerosmith, rozpoczęłam przygotowywać obiad.
W momencie, gdy mieszałam sos, drzwi frontowe otworzyły się z hukiem, zapewne potraktowane kopniakiem, i po chwili do domu wpadła cała piątka rockmanów.
- Co tak zajebiście pachnie? - zapytał Snake momentalnie pojawiając się w kuchni.
- No, trochę jak skarpetki Roba. - wypalił Sebastian stając obok Sabo, a ten wybuchnął takim śmiechem, że zgiął się w pół i zaczął się krztusić. Ja sama do niego dołączyłam i aż musiałam odejść kawałek od garnków, żeby się nie poparzyć. Bach stał oparty o futrynę wyraźnie zadowolony z faktu, iż wyszedł mu żart.
- Z czego zlewacie? Też chcę się pośmiać! - do pomieszczenia wpadł Rob, jednak my zbyliśmy go tylko machnięciem ręki.
- Chłopaki chodźcie! - zawołałam wszystkich, gdy jedzenie było gotowe, bo już zdążyli gdzieś się porozpraszać po domu.
- Cześć skarbie. - przywitał mnie Rachel, gdy tylko pojawił się w kuchni i ucałował moje wargi, ja jednak nie pozwoliłam mu tak szybko odejść i pogłębiłam pocałunek, aż Sebastian nie zwrócił nam uwagi, że jest głodny.
- To sobie nałóż. - wytknęłam mu język tuląc się do Bolana.
- Ale lepiej smakuje z Twoich rąk. - powiedział robiąc słodkie oczka i wyciągając talerz w moją stronę.
Westchnęłam i oparłam głowę o klatkę piersiową basisty czując jak się unosi i opada od chichotu.
- Słuchajcie, wpadłam na pewien pomysł. - zaczęłam, gdy wszyscy już siedzieliśmy przy stole i zajadaliśmy się obiadem.
- Kontynuuj - zachęcił mnie Scotti, a reszta spojrzała na mnie tylko ponaglającym wzrokiem.
- Co powiecie na mały wypad nad jezioro w weekend? Pomyślałam, że przydałby się nam taki wyjazd, ostatnio trochę się działo... - urwałam i spuściłam wzrok na swój talerz, po którym błądziłam bez celu widelcem.
- Ja tam uważam, że to zajebisty pomysł! - powiedział Rob.
- Ja też! - zgodził się Snake.
- No to postanowione. Jedziemy nad jezioro. - puścił mi oczko Baz, a ja szczerze się uśmiechnęłam. Po chwili poczułam męską dłoń na udzie i ciepły oddech przy uchu.
- Może być ciekawie. - wymruczał mi Rachel do ucha i lekko pocałował jego płatek.
- I oto chodzi. - odpowiedziałam przyciszonym głosem i położyłam rękę na biodrze basisty powodując tym lekkie rozchylenie jego warg.
- Dobra, to my posprzątamy. - zgłosił chłopaków Scotti, a ja uradowana, że nie będę musiała się męczyć podziękowałam mu uśmiechem. Reszta próbowała jakoś zaprotestować, ale ja szybko wyszłam z kuchni i poszłam do pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i uśmiechnęłam się sama do siebie słysząc ich głośne rozmowy i stukanie talerzami. Ta zgraja nieogarniętych rockmanów jest teraz moją najbliższą rodziną. W życiu nie pomyślałabym, że tak to się wszystko potoczy, ale nie mogłam sobie wyobrazić chyba lepszego scenariusza. No może jedynie mogłaby jeszcze cieszyć się tym ze mną Maria, ale jej wybory, chociaż nie zawsze słuszne, były jej świadomymi. I chociaż przed chłopakami staram się tego nie pokazywać, to strasznie za nią tęsknię. Brakuje mi naszych wspólnych rozmów, wygłupów, imprez. Mamy tyle wspomnień, że nie jestem w stanie tego wszystkiego tak po prostu wyrzucić z głowy. Chyba nawet nie chcę, bo jak na razie to jedyne co mi pozostało po naszej przyjaźni. Jestem wściekła na blondynkę za to, że wszystko zepsuła. Teraz czuję się, jakbym była między młotem a kowadłem. Między chęcią odzyskania przyjaciółki, a bycia w porządku w stosunku do Bacha. Nagle poczułam na plecach uderzenie. No tak, cały czas stałam przy drzwiach.
- Ojej kochanie, przepraszam! - Rachel wszedł do pokoju i chwycił mnie delikatnie za ramiona. - Ale czemu stałaś przed drzwiami? - zapytał lekko rozbawiony.
- Zamyśliłam się. - odpowiedziałam i uciekłam wzrokiem na bok unikając jego przeszywających czekoladowych tęczówek. Wyraz jego twarzy zmienił się i teraz patrzył na mnie wyraźnie zmartwiony.
- Chodzi o Marie? - nachylił się nieznacznie, żeby móc złapać ze mną kontakt wzrokowy, a ja prawie niezauważalnie pokiwałam głową.
- Oj Ivy - westchnął i zagarnął mnie ramionami zamykając w silnym uścisku. Przywarłam do niego całym ciałem, ale po chwili, dłuższej chwili, wyrwałam się i odsunęłam na odległość kilku kroków.
- Nie no kurwa trzeba się ogarnąć! Było, minęło! Nie ma co tyle o tym myśleć. W życiu są lepsze rzeczy do roboty. - ostatnie zdanie wypowiedziałam kokieteryjnym tonem i podeszłam do Bolana seksownie kręcąc biodrami. Ten uniósł tylko brew czekając na mój dalszy ruch. Zarzuciłam mu ręce na szyję i przejechałam koniuszkiem języka po jego górnej wardze. Reakcja bruneta była natychmiastowa. Położył dłonie na moich biodrach i zdecydowanym ruchem przyciągnął mnie do siebie łącząc nasze języki w namiętnym tańcu. Aż zamruczałam i obróciłam nasze ciała tak, że stałam tyłem do łóżka. I już ciągnęłam Rachela za koszulkę w stronę materaca, gdy ten oderwał swoje usta od moich i przytrzymał moją dłoń zaciśniętą na jego T-shircie.
- Chodź na podłogę. - wytrzeszczyłam na niego oczy i aż otworzyłam usta ze zdziwienia.
- No co? Tam jeszcze tego nie robiliśmy. - poruszył brwiami w górę i w dół. W sumie... coś nowego, może być ciekawie. Przygryzłam wargę i podeszłam do Rachela, a następnie ściągnęłam mu koszulkę. Po chwili znowu całowaliśmy się gorąco i pozbawialiśmy nawzajem ubrań, aż nie zostaliśmy w samej bieliźnie. Wtedy położyłam się delikatnie na podłodze dziękując sobie w duchu, że wpadłam na pomysł położenia miękkiego dywanu na panelach, bo wydawały mi się takie gołe. Po chwili dołączył do mnie Bolan i zaczął obcałowywać każdy odkryty skrawek mojego ciała wywołując przyjemne ciepło w moim brzuchu i gęsią skórkę na zewnątrz. Kiedy to zauważył uśmiechnął się szelmowsko i zajął się odpinaniem stanika, a gdy materiał wylądował gdzieś w okolicy łóżka, zaczął pieścić moje piersi wywołując ciche jęki z mojego gardła. Przyciągnęłam go za włosy i pocałowałam zachłannie zjeżdżając dłońmi w dół jego ciała, do bokserek, których szybko się pozbyłam. Miałam teraz na sobie jedynie majtki, więc brunet momentalnie sięgnął tam ręką, nie przerywając pocałunku. Aby zdjąć materiał musiałam lekko unieść biodra, przez co otarłam się kobiecością o jego nabrzmiałego już członka, wywołując delikatny dreszcz jego ciała i cichy pomruk z gardła. Uśmiechnęłam się seksownie odrywając od jego ust. Rachel spojrzał mi głęboko w oczy i rozsunął moje uda delikatnie drażniąc paznokciami ich wrażliwą powierzchnię. Następnie nachylił się i przyssał do mojej szyi całując, gryząc i ssąc skórę. Wplotłam palce w bujne włosy bruneta, co chwilę mrucząc z zadowolenia. Nagle, basista oderwał palce od moich ud i zanurzył je w mojej kobiecości, a ja aż krzyknęłam z zaskoczenia i przyjemności. Jego sprawne palce poruszały się szybko i rytmicznie doprowadzając mnie do szaleństwa. Jęczałam, wiłam się po dywanie, drapałam go po plecach, aż w końcu poczułam charakterystyczny dreszcz i moim ciałem wstrząsnął orgazm. Mój krzyk stłumiły spragnione wargi bruneta, który całował mnie do momentu, aż moje ciało nie wróciło do normalności.
- To było cudowne. Kocham Cię. - spojrzałam mu głęboko w oczy, a on odpowiedział mi uśmiechem.
- Zbieraj siły, dopiero zaczęliśmy. - i nie czekając na moją reakcję wszedł we mnie całując namiętnie.
środa, 29 maja 2013
piątek, 10 maja 2013
Dead Flowers - Rozdział 7
Stałam od dobrych kilku minut przed drzwiami HellHouse'u i zastanawiałam się, czy zapukać. W końcu to nie ja powinnam przepraszać, bo to nie ja wywołałam bezsensowną kłótnię o nic, tylko Izzy. Już chciałam zrezygnować i odwracałam się na pięcie w stronę ulicy, gdy przede mną wyrosła jak spod ziemi postać Duffa.
- Cześć Debby. - powiedział, gdy mnie zauważył. - Nie wchodzisz?
- Tak właściwie to... nie wiem. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i uświadomiłam sobie, jak żałośnie musiało to zabrzmieć. Na szczęście McKagan nie skomentował tego, a jedynie zagarnął mnie ramieniem i mówiąc "nie wygłupiaj się, właź do środka" zaprowadził mnie do domu. Na początku zastanawiałam się, czy się nie wyrwać i pójść do siebie, ale stwierdziłam, że nie ma sensu unosić się dumą i ktoś musi w końcu zacząć tą rozmowę. Wychodzi na to, że z naszej dwójki będę to ja.
Gdy tylko przekroczyliśmy próg, Duff gdzieś się ulotnił, a w moją stronę rzucił się młody rottweiler wybiegający z salonu. Krzyknęłam z zaskoczenia i strachu, gdy pies odsłonił swoje ostre kły. Nie wyglądało na to, żeby miał ochotę mnie pożreć, bo zaczął mnie obwąchiwać merdając ogonem, ale nigdy nic nie wiadomo.
- Ringo! Do nogi! - usłyszałam nagle głos Izzy'ego i po chwili pojawił się on w drzwiach opierając o futrynę. Ku mojemu zdumieniu, pies od razu pognał do, jak mniemam, właściciela.
- Masz psa? - zapytałam unosząc brwi.
- No jak widać. - odpowiedział obojętnie nawet na mnie nie patrząc.
- Długo? - zadałam kolejne pytanie przenosząc ciężar ciała na druga nogę.
- Od jakiejś godziny.
- I już tak Cię słucha? - wybałuszyłam oczy będąc pod wrażeniem umiejętności czworonoga.
- Urok osobisty. - mruknął Izzy i obróciwszy się wszedł z powrotem do salonu, a Ringo poczłapał za nim.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Właśnie to w nim kochałam.
Zdjęłam kurtkę i zawiesiłam ją sobie na przedramieniu, a następnie poszłam za Stradlinem do pokoju. Rytmiczny siedział rozwalony na kanapie i odpalał papierosa, a rottweiler leżał mu pod nogami. Nie powiem, byłam zdziwiona takim szybkim czasem, w jaki się 'dogadali'. Ale nie po to tu przyszłam przecież. Usiadłam na kanapie na przeciwko bruneta i odłożyłam kurtkę na miejsce obok mnie.
- Izzy pogadajmy. - zaczęłam, bo on chyba nie miał zamiaru odezwać się słowem.
- Przecież rozmawiamy. - zaciągnął się fajką i po chwili dmuchnął w moja stronę dymem.
- Rozmawialiśmy to jakieś 5 minut temu. - prychnęłam i pogłaskałam psa po łepku, bo podszedł do mnie i nadstawił głowę patrząc na mnie wyczekująco i merdając malutkim ogonkiem. Izzy na ten widok uśmiechnął się jednym kącikiem ust, ale gdy zauważył, że na niego patrzę szybko znowu przybrał minę poważnego i odwrócił wzrok. Westchnęłam zrezygnowana.
- No kurwa Jeff! - podniósł na mnie oczy. - Obydwoje przesadziliśmy. Przyznajmy się do tego i przestańmy kłócić.
Czekałam na jakąś reakcję z jego strony, ale wyglądało na to, że się nie doczekam. Izzy dalej palił swojego papierosa co jakiś tylko czas zaszczycając mnie spojrzeniem swoich brązowych oczu.
- Masz zamiar coś powiedzieć? - zapytałam zniecierpliwiona, gdy po kilku minutach cisza zaczęła już dzwonić mi w uszach.
- Nie.
- Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia? - to zabolało. Uświadomiłam sobie, że chyba tylko ja chcę się pogodzić.
Izzy jak zawsze nic nie odpowiedział tylko zgasił niedopałek w popielniczce stojącej na stole oddzielającym dwie kanapy, na których siedzieliśmy od siebie. Żeby to zrobić musiał się nieco nachylić, więc odruchowo podniósł wzrok trochę wyżej, na moją twarz usilnie się w niego wpatrującą. Wciąż miałam nadzieję, że jednak coś powie, przeprosi mnie za swoje zachowanie. Ale nic takiego nie miało miejsca. Brunet przełknął ślinę i zwiesił luźno ręce opierając je na udach. Ringo popatrzył na mnie, bo już od jakiegoś czasu zaprzestałam głaskania go i gdy zobaczył, że nie zamierzam kontynuować pieszczot, odszedł kilka kroków i położył się pod oknem. Miałam już serdecznie dość czekania na jakąkolwiek oznakę skruchy ze strony rytmicznego, więc wstałam i biorąc kurtkę w dłoń wyszłam bez słowa z salonu. Już prawie naciskałam klamkę od drzwi wejściowych, gdy usłyszałam jego głos:
- Debbie zaczekaj! - zatrzymałam dłoń w połowie drogi i odwróciłam się w jego stronę. Stał przede mną z rękami w kieszeniach i rozbieganym wzrokiem. Chyba nie wiedział, jakimi słowami powiedzieć, to co zamierza. Nie miałam zamiaru ułatwiać mu tego zadania, więc założyłam ręce na piersi i czekałam.
- Przepraszam. - powiedział prawie niedosłyszalnie patrząc gdzieś w bok. Śmiać mi się zachciało z całej tej sytuacji.
- Co? Bo nie dosłyszałam. - wychyliłam lekko głowę do przodu dając mu znak, żeby mówił głośniej.
- Przepraszam no! - powtórzył już zdecydowanie wyraźniej i spojrzał mi głęboko w oczy. Uśmiechnęłam się i podeszłam do niego zarzucając mu ręce na szyję. Dłonie gitarzysty automatycznie powędrowały na mój pas przyciągając mnie bliżej.
- Przesadziłem. Ale jak zobaczyłem tego kolesia tak blisko Ciebie to miałem ochotę dać mu w mordę.
- Ja też przepraszam. Przesadziłam trochę tym tekstem o dragach. Przepraszam. - potarłam nosem o jego nos. Nagle poczułam lekki dotyk w okolicy łydek. Obydwoje spojrzeliśmy w tamtą stronę i naszym oczom ukazał się Ringo siedzący przy naszych nogach. Zaśmialiśmy się lekko, a następnie podnieśliśmy głowy, a ja cmoknęłam Izzy'ego w usta. Jednak brunet już nie pozwolił mi się od siebie oderwać i pogłębił pocałunek błądząc dłońmi po moich plecach. Rzuciłam kurtkę trzymaną w dłoni na podłogę i wplotłam palce we włosy gitarzysty. Kiedy jego usta zjechały na moją szyję zdobiąc ją drobnymi pocałunkami, odchyliłam głowę lekko w tył. Po chwili jednak odepchnęłam go delikatnie od siebie i chwyciłam za ciepłą dłoń prowadząc po schodach do jego pokoju. Ringo uważnie nas obserwował, a kiedy zniknęliśmy mu z pola widzenia, poszedł do kuchni i zanurkował głową w misce z suchą karmą.
My tymczasem dotarliśmy już do pokoju Izzy'ego i obdarowując się namiętnymi pocałunkami powoli zdejmowaliśmy z siebie ubrania, ciesząc się każdą wspólnie spędzoną minutą.
Duff:
Izzy i Deb chyba właśnie są w fazie godzenia, bo z pokoju gitarzysty wydobywają się ciche jęki rudej. Swoją drogą ciekawe, o co im poszło. Stradlin nic nam nie mówił, ale wrócił dzisiaj wkurwiony. I na dodatek z psem. Interesujące jak zareaguje na to reszta zespołu. Jak na razie wiem tylko ja. Chłopaków od rana gdzieś wywiało i nie mieli jeszcze okazji poznać naszego nowego lokatora. Nawet mojej Mandy nie ma i muszę siedzieć sam w pokoju wysłuchując tych odgłosów z pokoju naprzeciwko. Wstałem z łóżka, na którym bezczynnie leżałem i gapiłem się w sufit i usiadłem na parapecie otwierając okno na szerokość i odpalając papierosa wyjętego z paczki leżącej na szafce nocnej. W pokoju Stradlina nastała cisza, więc pewnie już skończyli. Uśmiechnąłem się pod nosem przypominając sobie ostatnią noc. Oj, było gorąco. Urządziliśmy sobie z moją małą mały, że tak powiem, maraton i próbowaliśmy nawzajem doprowadzić się do 10 orgazmów. Niestety, wytrzymaliśmy tylko 7 i padliśmy ze zmęczenia, ale wszystko przed nami. Technika czyni mistrza, jak to mówią. Swoją drogą chyba przywołałem blondynkę myślami, bo właśnie zauważyłem ją idącą chodnikiem w stronę naszego domu.
- Hej kochanie! - wydarłem się na pół miasta trzymając papierosa w buzi. Jednak przeceniłem swoje możliwości i nie umiem krzyczeć i palić jednocześnie, więc fajka wypadła z mojej paszczy i wylądowała w małej kałuży pozostałej po wczorajszej wieczornej mżawce i momentalnie zgasła. Wychyliłem za nią głowę patrząc z lekkim żalem, ale zaraz powróciłem do wielkiego uśmiechu witającego nadchodzącą Mandy, która widząc całą sytuację wybuchnęła głośnym śmiechem i pomachała mi. Odmachałem jej szczerząc się i odwróciłem do środka pokoju, bo blondynka już otwierała drzwi wejściowe.
- Jezu Duff co to za bestia jest w salonie! - mała wleciała do pokoju ze strachem w oczach.
- Haha, kochanie to nasz nowy współlokator. Ma na imię Ringo i jest psem Izzy'ego. - wytłumaczyłem jej i wyciągnąłem ręce w jej stronę dając do zrozumienia, że ma podejść. Gdy to zrobiła, chwyciłem jej drobne dłonie i pocałowałem namiętnie w usta przyciągając bliżej siebie.
Deborah:
Leżeliśmy właśnie z Izzy'm w jego łóżku. Brunet robił mi za poduszkę, jako że opierałam się głową o jego klatkę piersiową i zaznaczałam na niej palcem jakieś nieokreślone wzory, a on gładził dłonią moją nagą skórę na ramieniu.
- Chyba jestem o Ciebie zazdrosny. - wypalił nagle gitarzysta, a ja podniosłam głowę i zaparłam się dłonią o jego ciało.
- To dobrze, czy źle? - zapytałam wpatrując się w jego oczy.
- Sam nie wiem. - Jeff wzruszył ramionami. - To może być niebezpieczne, bo będę chciał obijać gębę każdemu, kto się do Ciebie zbliży.
Zachichotałam cicho i przygryzłam dolną wargę.
- A myślisz, że mnie kurwica nie będzie brała, jak Twoje fanki będą mieć mokro na Twój widok i zaczną Ci się narzucać? Chyba wydrapię im oczy. - mówiłam coraz bardziej zbliżając się do jego twarzy, aż wraz z ostatnim słowem przybliżyłam się na tyle, że złączyłam nasze usta w pocałunku.
- To może być ciekawy widok. - Izzy udał zamyślonego, a ja walnęłam go lekko w ramię śmiejąc się głośno.
- Nie no dobra, żartuję. Ale i tak będę się wkurzać, bo mam najpiękniejszą dziewczyną w całym Los Angeles. - cmoknął mnie w ramię lekko się nachylając, żeby było mu łatwiej.
- No cóż... Ja też będę musiała jakoś przeżyć, że mój facet jest jednym z najbardziej pożądanych mężczyzn na świecie. - westchnęłam teatralnie i uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił. I już chciał coś odpowiedzieć, gdy z dołu dobiegł nas krzyk Axla:
- Co to kurwa ma być?!
- Cześć Debby. - powiedział, gdy mnie zauważył. - Nie wchodzisz?
- Tak właściwie to... nie wiem. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i uświadomiłam sobie, jak żałośnie musiało to zabrzmieć. Na szczęście McKagan nie skomentował tego, a jedynie zagarnął mnie ramieniem i mówiąc "nie wygłupiaj się, właź do środka" zaprowadził mnie do domu. Na początku zastanawiałam się, czy się nie wyrwać i pójść do siebie, ale stwierdziłam, że nie ma sensu unosić się dumą i ktoś musi w końcu zacząć tą rozmowę. Wychodzi na to, że z naszej dwójki będę to ja.
Gdy tylko przekroczyliśmy próg, Duff gdzieś się ulotnił, a w moją stronę rzucił się młody rottweiler wybiegający z salonu. Krzyknęłam z zaskoczenia i strachu, gdy pies odsłonił swoje ostre kły. Nie wyglądało na to, żeby miał ochotę mnie pożreć, bo zaczął mnie obwąchiwać merdając ogonem, ale nigdy nic nie wiadomo.
- Ringo! Do nogi! - usłyszałam nagle głos Izzy'ego i po chwili pojawił się on w drzwiach opierając o futrynę. Ku mojemu zdumieniu, pies od razu pognał do, jak mniemam, właściciela.
- Masz psa? - zapytałam unosząc brwi.
- No jak widać. - odpowiedział obojętnie nawet na mnie nie patrząc.
- Długo? - zadałam kolejne pytanie przenosząc ciężar ciała na druga nogę.
- Od jakiejś godziny.
- I już tak Cię słucha? - wybałuszyłam oczy będąc pod wrażeniem umiejętności czworonoga.
- Urok osobisty. - mruknął Izzy i obróciwszy się wszedł z powrotem do salonu, a Ringo poczłapał za nim.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Właśnie to w nim kochałam.
Zdjęłam kurtkę i zawiesiłam ją sobie na przedramieniu, a następnie poszłam za Stradlinem do pokoju. Rytmiczny siedział rozwalony na kanapie i odpalał papierosa, a rottweiler leżał mu pod nogami. Nie powiem, byłam zdziwiona takim szybkim czasem, w jaki się 'dogadali'. Ale nie po to tu przyszłam przecież. Usiadłam na kanapie na przeciwko bruneta i odłożyłam kurtkę na miejsce obok mnie.
- Izzy pogadajmy. - zaczęłam, bo on chyba nie miał zamiaru odezwać się słowem.
- Przecież rozmawiamy. - zaciągnął się fajką i po chwili dmuchnął w moja stronę dymem.
- Rozmawialiśmy to jakieś 5 minut temu. - prychnęłam i pogłaskałam psa po łepku, bo podszedł do mnie i nadstawił głowę patrząc na mnie wyczekująco i merdając malutkim ogonkiem. Izzy na ten widok uśmiechnął się jednym kącikiem ust, ale gdy zauważył, że na niego patrzę szybko znowu przybrał minę poważnego i odwrócił wzrok. Westchnęłam zrezygnowana.
- No kurwa Jeff! - podniósł na mnie oczy. - Obydwoje przesadziliśmy. Przyznajmy się do tego i przestańmy kłócić.
Czekałam na jakąś reakcję z jego strony, ale wyglądało na to, że się nie doczekam. Izzy dalej palił swojego papierosa co jakiś tylko czas zaszczycając mnie spojrzeniem swoich brązowych oczu.
- Masz zamiar coś powiedzieć? - zapytałam zniecierpliwiona, gdy po kilku minutach cisza zaczęła już dzwonić mi w uszach.
- Nie.
- Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia? - to zabolało. Uświadomiłam sobie, że chyba tylko ja chcę się pogodzić.
Izzy jak zawsze nic nie odpowiedział tylko zgasił niedopałek w popielniczce stojącej na stole oddzielającym dwie kanapy, na których siedzieliśmy od siebie. Żeby to zrobić musiał się nieco nachylić, więc odruchowo podniósł wzrok trochę wyżej, na moją twarz usilnie się w niego wpatrującą. Wciąż miałam nadzieję, że jednak coś powie, przeprosi mnie za swoje zachowanie. Ale nic takiego nie miało miejsca. Brunet przełknął ślinę i zwiesił luźno ręce opierając je na udach. Ringo popatrzył na mnie, bo już od jakiegoś czasu zaprzestałam głaskania go i gdy zobaczył, że nie zamierzam kontynuować pieszczot, odszedł kilka kroków i położył się pod oknem. Miałam już serdecznie dość czekania na jakąkolwiek oznakę skruchy ze strony rytmicznego, więc wstałam i biorąc kurtkę w dłoń wyszłam bez słowa z salonu. Już prawie naciskałam klamkę od drzwi wejściowych, gdy usłyszałam jego głos:
- Debbie zaczekaj! - zatrzymałam dłoń w połowie drogi i odwróciłam się w jego stronę. Stał przede mną z rękami w kieszeniach i rozbieganym wzrokiem. Chyba nie wiedział, jakimi słowami powiedzieć, to co zamierza. Nie miałam zamiaru ułatwiać mu tego zadania, więc założyłam ręce na piersi i czekałam.
- Przepraszam. - powiedział prawie niedosłyszalnie patrząc gdzieś w bok. Śmiać mi się zachciało z całej tej sytuacji.
- Co? Bo nie dosłyszałam. - wychyliłam lekko głowę do przodu dając mu znak, żeby mówił głośniej.
- Przepraszam no! - powtórzył już zdecydowanie wyraźniej i spojrzał mi głęboko w oczy. Uśmiechnęłam się i podeszłam do niego zarzucając mu ręce na szyję. Dłonie gitarzysty automatycznie powędrowały na mój pas przyciągając mnie bliżej.
- Przesadziłem. Ale jak zobaczyłem tego kolesia tak blisko Ciebie to miałem ochotę dać mu w mordę.
- Ja też przepraszam. Przesadziłam trochę tym tekstem o dragach. Przepraszam. - potarłam nosem o jego nos. Nagle poczułam lekki dotyk w okolicy łydek. Obydwoje spojrzeliśmy w tamtą stronę i naszym oczom ukazał się Ringo siedzący przy naszych nogach. Zaśmialiśmy się lekko, a następnie podnieśliśmy głowy, a ja cmoknęłam Izzy'ego w usta. Jednak brunet już nie pozwolił mi się od siebie oderwać i pogłębił pocałunek błądząc dłońmi po moich plecach. Rzuciłam kurtkę trzymaną w dłoni na podłogę i wplotłam palce we włosy gitarzysty. Kiedy jego usta zjechały na moją szyję zdobiąc ją drobnymi pocałunkami, odchyliłam głowę lekko w tył. Po chwili jednak odepchnęłam go delikatnie od siebie i chwyciłam za ciepłą dłoń prowadząc po schodach do jego pokoju. Ringo uważnie nas obserwował, a kiedy zniknęliśmy mu z pola widzenia, poszedł do kuchni i zanurkował głową w misce z suchą karmą.
My tymczasem dotarliśmy już do pokoju Izzy'ego i obdarowując się namiętnymi pocałunkami powoli zdejmowaliśmy z siebie ubrania, ciesząc się każdą wspólnie spędzoną minutą.
Duff:
Izzy i Deb chyba właśnie są w fazie godzenia, bo z pokoju gitarzysty wydobywają się ciche jęki rudej. Swoją drogą ciekawe, o co im poszło. Stradlin nic nam nie mówił, ale wrócił dzisiaj wkurwiony. I na dodatek z psem. Interesujące jak zareaguje na to reszta zespołu. Jak na razie wiem tylko ja. Chłopaków od rana gdzieś wywiało i nie mieli jeszcze okazji poznać naszego nowego lokatora. Nawet mojej Mandy nie ma i muszę siedzieć sam w pokoju wysłuchując tych odgłosów z pokoju naprzeciwko. Wstałem z łóżka, na którym bezczynnie leżałem i gapiłem się w sufit i usiadłem na parapecie otwierając okno na szerokość i odpalając papierosa wyjętego z paczki leżącej na szafce nocnej. W pokoju Stradlina nastała cisza, więc pewnie już skończyli. Uśmiechnąłem się pod nosem przypominając sobie ostatnią noc. Oj, było gorąco. Urządziliśmy sobie z moją małą mały, że tak powiem, maraton i próbowaliśmy nawzajem doprowadzić się do 10 orgazmów. Niestety, wytrzymaliśmy tylko 7 i padliśmy ze zmęczenia, ale wszystko przed nami. Technika czyni mistrza, jak to mówią. Swoją drogą chyba przywołałem blondynkę myślami, bo właśnie zauważyłem ją idącą chodnikiem w stronę naszego domu.
- Hej kochanie! - wydarłem się na pół miasta trzymając papierosa w buzi. Jednak przeceniłem swoje możliwości i nie umiem krzyczeć i palić jednocześnie, więc fajka wypadła z mojej paszczy i wylądowała w małej kałuży pozostałej po wczorajszej wieczornej mżawce i momentalnie zgasła. Wychyliłem za nią głowę patrząc z lekkim żalem, ale zaraz powróciłem do wielkiego uśmiechu witającego nadchodzącą Mandy, która widząc całą sytuację wybuchnęła głośnym śmiechem i pomachała mi. Odmachałem jej szczerząc się i odwróciłem do środka pokoju, bo blondynka już otwierała drzwi wejściowe.
- Jezu Duff co to za bestia jest w salonie! - mała wleciała do pokoju ze strachem w oczach.
- Haha, kochanie to nasz nowy współlokator. Ma na imię Ringo i jest psem Izzy'ego. - wytłumaczyłem jej i wyciągnąłem ręce w jej stronę dając do zrozumienia, że ma podejść. Gdy to zrobiła, chwyciłem jej drobne dłonie i pocałowałem namiętnie w usta przyciągając bliżej siebie.
Deborah:
Leżeliśmy właśnie z Izzy'm w jego łóżku. Brunet robił mi za poduszkę, jako że opierałam się głową o jego klatkę piersiową i zaznaczałam na niej palcem jakieś nieokreślone wzory, a on gładził dłonią moją nagą skórę na ramieniu.
- Chyba jestem o Ciebie zazdrosny. - wypalił nagle gitarzysta, a ja podniosłam głowę i zaparłam się dłonią o jego ciało.
- To dobrze, czy źle? - zapytałam wpatrując się w jego oczy.
- Sam nie wiem. - Jeff wzruszył ramionami. - To może być niebezpieczne, bo będę chciał obijać gębę każdemu, kto się do Ciebie zbliży.
Zachichotałam cicho i przygryzłam dolną wargę.
- A myślisz, że mnie kurwica nie będzie brała, jak Twoje fanki będą mieć mokro na Twój widok i zaczną Ci się narzucać? Chyba wydrapię im oczy. - mówiłam coraz bardziej zbliżając się do jego twarzy, aż wraz z ostatnim słowem przybliżyłam się na tyle, że złączyłam nasze usta w pocałunku.
- To może być ciekawy widok. - Izzy udał zamyślonego, a ja walnęłam go lekko w ramię śmiejąc się głośno.
- Nie no dobra, żartuję. Ale i tak będę się wkurzać, bo mam najpiękniejszą dziewczyną w całym Los Angeles. - cmoknął mnie w ramię lekko się nachylając, żeby było mu łatwiej.
- No cóż... Ja też będę musiała jakoś przeżyć, że mój facet jest jednym z najbardziej pożądanych mężczyzn na świecie. - westchnęłam teatralnie i uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił. I już chciał coś odpowiedzieć, gdy z dołu dobiegł nas krzyk Axla:
- Co to kurwa ma być?!
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Dead Flowers - Rozdział 6
Następnego dnia obudziłam się w ramionach Izzy'ego. Było mi cholernie dobrze, więc ponownie zamknęłam oczy. Nagle przypomniałam sobie, że jest cholera jasna środek tygodnia, a ja mam pracę. Otworzyłam szeroko oczy i odwróciłam głowę, żeby spojrzeć na budzik. Kiedy obkręcałam swoje ciało niechcący trąciłam Stradlina nogą i spojrzałam na niego z przestrachem. Nie chciałam go budzić, mógł jeszcze pospać. Na szczęście tylko lekko się skrzywił, ale spał dalej. Odetchnęłam z ulgą i teraz już ostrożniej spojrzałam na zegarek wskazujący 7:28. Oznaczało to koniec mojego słodkiego lenistwa, a przykrą rzeczywistość. Która w sumie nie była taka przykra, bo w końcu nie każdy ma szczęście pracować w sklepie muzycznym. Z ciężkim westchnięciem wyswobodziłam się z objęć bruneta i wstałam. Zabrałam moje rzeczy z krzesła i się w nie przebrałam. Następnie wyszłam z pokoju i pobiegłam schodami w dół. W domu panowała totalna cisza, bo chłopaki o tej godzinie to jeszcze smacznie śpią. Otworzyłam drzwi i wyszłam na ulice Los Angeles, które już skąpane były w porannym słońcu. Do pracy miałam na 8, więc musiałam się trochę pospieszyć, żebym mogła jeszcze wstąpić do mojego mieszkania i się przebrać. Drogę pokonałam prawie truchtem, więc zajęła mi około 10 minut. W mieszkaniu wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w świeże ciuchy i już gnałam do pracy. Miałam na dotarcie tylko 7 minut. Na moje szczęście udało się i chwilę przed czasem otwierałam przeszklone drzwi sklepu muzycznego. Przywitałam się z szefem i od razu zabrałam do układania winyli na półkach, a w tle rozbrzmiewała nowa płyta Kiss.
- Przepraszam... - nagle dobiegł mnie czyjś przyjemny, niski głos.
- Tak? - odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą na oko 25-letniego mężczyznę z długimi włosami, w ramonesce i glanach.
- Gdzie tu są gitary elektryczne? - zapytał rozglądając się po sklepie.
- Prosto i na prawo - pokierowałam go pokazując mu przy okazji drogę ręką. Już chciałam z powrotem zając się układaniem płyt, gdy znowu usłyszałam jego głos.
- A mogłabyś mi doradzić? Właśnie przenoszę się z klasycznej na elektryczną i nie za bardzo wiem, która jest najlepsza. - spojrzałam na niego znad winyla AC/DC, a on widząc mój wzrok uśmiechnął się w taki sposób, że po prostu nie mogłam mu odmówić i się zgodziłam.
Szliśmy właśnie do działu z gitarami, gdy zauważyłam, że drzwi wejściowe się otwierają i staje w nich Izzy. Spojrzałam w jego stronę i widząc jego zdziwiony wzrok wskazujący na mojego towarzysza, uśmiechnęłam się tylko uroczo i zaprowadziłam klienta do stojaków zapełnionych elektrykami.
- No dobra, wszystkie mi się podobają... Pomożesz? - zrobił słodkie oczka, a ja westchnęłam widząc kątem oka, że Stradlin przyszedł za nami i udawał, że ogląda gitary. Co on do cholery wyprawia? Ja tu pracuję, to chyba normalne, że rozmawiam z klientami!
- No jasne! Czego szukasz konkretnie? - niby przypadkiem dotknęłam ramienia chłopaka. Widziałam, że Izzy na nas uważnie spojrzał. No i dobrze, chciałam go trochę powkurzać, bo zdenerwował mnie tym, że przyszedł tu za nami.
- Hmm... chciałbym taką gitarę, która będzie bardzo dobrze grać i będzie solidnie wykonana... - koleś chyba faktycznie nie miał pojęcia o gitarach i sam o tym wiedział, bo gdy to mówił zrobił się czerwony i potarł nerwowo kark. Rozbawiło mnie to, bo było urocze, taki metalowiec, a rumieni się jak nastolatek. Za plecami usłyszałam ciche parsknięcie śmiechu bruneta, więc posłałam mu mordercze spojrzenie, na co ten udał, że mnie nie widzi. Dobra Isbell, tak chcesz się bawić?
- Wiesz... trochę ogólnie to zabrzmiało... ale nie martw się, coś wybierzemy. - uśmiechnęłam się i podałam mu czarnego Gibsona flying V.
- No całkiem niezła, ale wolałbym chyba inny kształt. - spojrzał na mnie niepewnie obracając w dłoni gitarę.
- Nie ma sprawy... hmm... - przeszłam kawałek dalej tak, że Izzy musiał się odsunąć, bo stał mi na drodze. - to może ta? - pokazałam palcem na przypalanego Gibsona Les Paula.
- Idealna! - chłopakowi, aż zaświeciły się oczy, a ja już wiedziałam, że znalazłam mu idealną towarzyszkę. Stanęłam na palcach i sięgnęłam do góry zdejmując gitarę z wiszącego stojaka. Następnie nawet nie zaszczycając Isbella spojrzeniem podeszłam do chłopaka i wręczyłam mu wiosło.
- Chcesz ją wypróbować? - zapytałam, kiedy uważnie jej się przyglądał wyraźnie oczarowany.
- No pewnie!
- To chodź. - zaprowadziłam go do malutkiego przeszklonego pomieszczenia, gdzie klienci mogli wypróbować sprzęt przed jego zakupem.
Chłopak wszedł do niego i podpiął gitarę do małego wzmacniacza w rogu, po czym zaczął grać Nothing Else Matters. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy to usłyszałam. Zaraz jednak spojrzałam gniewnie w stronę stojącego dalej w tym samym miejscu Stradlina.
- Co Ty wyprawiasz? - wysyczałam, gdy stałam już idealnie przed nim.
- Nie wiem, o co Ci chodzi - udawał, że nie wie, o czym mówię i przejechał dłonią po gryfie Stratocastera stojącego obok mnie.
- Kontrolujesz mnie? Co to ma kurwa być? - założyłam ręce na piersi i patrzyłam na niego z uniesionymi brwiami domagając się jakiejś odpowiedzi, bo rytmiczny miał głowę odwróconą w bok i uśmiechał się głupkowato.
- Nie stresuj się kochanie. Pamiętaj, że jesteś w pracy. - powiedział i tak po prostu sobie odszedł kilka kroków, odwracając się do mnie plecami. Jego zachowanie tak mnie zdziwiło, że otworzyłam usta i nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Przepraszam... - usłyszałam nieśmiały głos tego klienta, więc spojrzałam na niego uprzednio zamykając buzię.
- Tak?
- Biorę ją! Jest świetna!
- No to zapraszam do kasy. - wskazałam mu ręką kierunek i ostatni raz obdarzyłam Isbella spojrzeniem. Stał z rękami w kieszeniach i uśmiechał się cwaniacko.
Obsłużyłam tego chłopaka, a na koniec w podziękowaniu za pomoc w doborze instrumentu zostałam delikatnie przytulona. Nie powiem, miły gest z jego strony. Po jego wyjściu wróciłam do działu z gitarami, żeby trochę ogarnąć. Weszłam do pomieszczenia, gdzie można wypróbować instrumenty i powyłączałam wzmacniacz, bo widocznie ten młody chłopak o tym zapomniał. Na bruneta nawet nie spojrzałam. Byłam na niego wściekła. Jakim prawem się tak zachowuje? Kto mu je dał? Na pewno nie ja!
- Mi też pomożesz? Bo ja się na tym zupełnie nie znam - powiedział przedrzeźniając głos chłopaka i oparł się o wejście. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem.
- O co Ci kurwa chodzi?! Taka moja praca! A poza tym chłopak był naprawdę miły i nieporadny, więc nie wiem dlaczego nie miałabym mu pomóc! - podniosłam głos i stanęłam wyprostowana naprzeciwko mojego chłopaka. Na szczęście w tej części sklepu nie kręcili się teraz żadni klienci.
- No pewnie! Bo takie zagubione szczeniaczki są najsłodsze nie?! Trzeba było jeszcze się z nim umówić i nauczyć go grać! Albo w ogóle żyć skoro on taki nieporadny! - też się wkurzył i zbliżył twarz do mojej.
- Co Ty pieprzysz? Ty słyszysz co Ty mówisz?
- Nie będzie mi Cię jakiś byle grajek podrywał!
- Ten byle grajek był moim klientem i musiałam być dla niego uprzejma, a poza tym po prostu był miły! To taki naturalny odruch ludzki, słyszałeś może kiedyś o nim? Czy dragi już zupełnie wyprały Ci mózg? - powiedziałam zła jak osa, a Izzy spojrzał mi tylko głęboko w oczy i bez słowa opuścił sklep.
Wzięłam kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić i wróciłam na stanowisko, gdzie układałam płyty na półkach. Szef dziwnie na mnie spojrzał. Mam tylko nadzieję, że nic nie było słychać tutaj. O nie, idzie w moją stronę!
- Deborah, wszystko w porządku? - zapytał wyraźnie zmartwiony. Aż mi się cieplej na sercu zrobiło. Właściciel traktował mnie trochę jak rodzinę, jak jego zresztą też, dlatego tak dobrze mi się tu pracowało. I nie mam zamiaru stracić tej pracy. A na pewno nie przez Stradlina.
- Tak, oczywiście. - zapewniłam szybko, a płyta, którą właśnie miałam włożyć na półkę wyślizgnęła mi się z ręki i uderzyła o podłogę. Schyliłam się szybko i ją podniosłam, jednak na skutek upadku oderwała się od niej malutka część.
- Jezu przepraszam! Ja za to zapłacę!
- Nie ma takiej potrzeby, Debbie uspokój się. Chcesz iść do domu? - zapytał z troską, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Nie! Dokończę pracę. - wysiliłam się na uśmiech.
- No to zostaw na razie te winyle. Chodź na zaplecze, wypijemy herbatę i opowiesz mi, co się stało.
Pokiwałam jedynie głową i po kilku minutach siedziałam już z szefem w małym pomieszczeniu na końcu sklepu z kubkiem aromatycznej cieczy w dłoni.
- To był Twój chłopak? - zapytał pan Harrison, szef.
- Tak i ja... przepraszam za to, co się stało. To w końcu moje miejsce pracy. - upiłam łyk napoju.
- Nie przejmuj się. To nic takiego. I tak prawie nie było klientów w sklepie, a kiedy zaczęliście się kłócić podgłośniłem muzykę.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Czy ten człowiek kiedykolwiek był zły, wkurzony, smutny? Zawsze uśmiechnięty, wyluzowany i pełen zrozumienia. Był wymarzonym szefem.
- No to powiesz mi o co poszło? - zadał pytanie z rodzicielską troską, a ja nawet nie wiem kiedy opowiedziałam mu wszystko, co się dzisiaj wydarzyło w sklepie.
Kiedy skończyłam zauważyłam, że pan Harrison lekko się podśmiewuje. Wbiłam w niego totalnie zdezorientowany wzrok.
- Kochanie, przecież to proste. - zmarszczyłam brwi. - Ten młodzieniec jest po prostu o Ciebie zazdrosny. Boi się, że Cię straci. A to oznacza tylko jedno: musi Cię bardzo kochać. Ale pamiętaj! - tu uniósł palec do góry. - Musisz postawić mu granicę zazdrości, żeby nie stała się uciążliwa i chorobliwa. Ale myślę, że tak nie będzie. Po prostu chłopak poczuł się zagrożony, to nic złego.
- Tyle, że ja tylko pomagałam klientowi. - jęknęłam żałośnie.
- Dziecko, musicie się jeszcze dotrzeć. Sama mówiłaś, że jesteście razem od niedawna. Będzie dobrze. - mrugnął do mnie i upił łyk herbaty.
- Mam nadzieję. No dobra, porozmawiam z nim. - uśmiechnęłam się do szefa i serdecznie go przytuliłam.
Oj Isbell, mamy do pogadania.
- Przepraszam... - nagle dobiegł mnie czyjś przyjemny, niski głos.
- Tak? - odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą na oko 25-letniego mężczyznę z długimi włosami, w ramonesce i glanach.
- Gdzie tu są gitary elektryczne? - zapytał rozglądając się po sklepie.
- Prosto i na prawo - pokierowałam go pokazując mu przy okazji drogę ręką. Już chciałam z powrotem zając się układaniem płyt, gdy znowu usłyszałam jego głos.
- A mogłabyś mi doradzić? Właśnie przenoszę się z klasycznej na elektryczną i nie za bardzo wiem, która jest najlepsza. - spojrzałam na niego znad winyla AC/DC, a on widząc mój wzrok uśmiechnął się w taki sposób, że po prostu nie mogłam mu odmówić i się zgodziłam.
Szliśmy właśnie do działu z gitarami, gdy zauważyłam, że drzwi wejściowe się otwierają i staje w nich Izzy. Spojrzałam w jego stronę i widząc jego zdziwiony wzrok wskazujący na mojego towarzysza, uśmiechnęłam się tylko uroczo i zaprowadziłam klienta do stojaków zapełnionych elektrykami.
- No dobra, wszystkie mi się podobają... Pomożesz? - zrobił słodkie oczka, a ja westchnęłam widząc kątem oka, że Stradlin przyszedł za nami i udawał, że ogląda gitary. Co on do cholery wyprawia? Ja tu pracuję, to chyba normalne, że rozmawiam z klientami!
- No jasne! Czego szukasz konkretnie? - niby przypadkiem dotknęłam ramienia chłopaka. Widziałam, że Izzy na nas uważnie spojrzał. No i dobrze, chciałam go trochę powkurzać, bo zdenerwował mnie tym, że przyszedł tu za nami.
- Hmm... chciałbym taką gitarę, która będzie bardzo dobrze grać i będzie solidnie wykonana... - koleś chyba faktycznie nie miał pojęcia o gitarach i sam o tym wiedział, bo gdy to mówił zrobił się czerwony i potarł nerwowo kark. Rozbawiło mnie to, bo było urocze, taki metalowiec, a rumieni się jak nastolatek. Za plecami usłyszałam ciche parsknięcie śmiechu bruneta, więc posłałam mu mordercze spojrzenie, na co ten udał, że mnie nie widzi. Dobra Isbell, tak chcesz się bawić?
- Wiesz... trochę ogólnie to zabrzmiało... ale nie martw się, coś wybierzemy. - uśmiechnęłam się i podałam mu czarnego Gibsona flying V.
- No całkiem niezła, ale wolałbym chyba inny kształt. - spojrzał na mnie niepewnie obracając w dłoni gitarę.
- Nie ma sprawy... hmm... - przeszłam kawałek dalej tak, że Izzy musiał się odsunąć, bo stał mi na drodze. - to może ta? - pokazałam palcem na przypalanego Gibsona Les Paula.
- Idealna! - chłopakowi, aż zaświeciły się oczy, a ja już wiedziałam, że znalazłam mu idealną towarzyszkę. Stanęłam na palcach i sięgnęłam do góry zdejmując gitarę z wiszącego stojaka. Następnie nawet nie zaszczycając Isbella spojrzeniem podeszłam do chłopaka i wręczyłam mu wiosło.
- Chcesz ją wypróbować? - zapytałam, kiedy uważnie jej się przyglądał wyraźnie oczarowany.
- No pewnie!
- To chodź. - zaprowadziłam go do malutkiego przeszklonego pomieszczenia, gdzie klienci mogli wypróbować sprzęt przed jego zakupem.
Chłopak wszedł do niego i podpiął gitarę do małego wzmacniacza w rogu, po czym zaczął grać Nothing Else Matters. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy to usłyszałam. Zaraz jednak spojrzałam gniewnie w stronę stojącego dalej w tym samym miejscu Stradlina.
- Co Ty wyprawiasz? - wysyczałam, gdy stałam już idealnie przed nim.
- Nie wiem, o co Ci chodzi - udawał, że nie wie, o czym mówię i przejechał dłonią po gryfie Stratocastera stojącego obok mnie.
- Kontrolujesz mnie? Co to ma kurwa być? - założyłam ręce na piersi i patrzyłam na niego z uniesionymi brwiami domagając się jakiejś odpowiedzi, bo rytmiczny miał głowę odwróconą w bok i uśmiechał się głupkowato.
- Nie stresuj się kochanie. Pamiętaj, że jesteś w pracy. - powiedział i tak po prostu sobie odszedł kilka kroków, odwracając się do mnie plecami. Jego zachowanie tak mnie zdziwiło, że otworzyłam usta i nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Przepraszam... - usłyszałam nieśmiały głos tego klienta, więc spojrzałam na niego uprzednio zamykając buzię.
- Tak?
- Biorę ją! Jest świetna!
- No to zapraszam do kasy. - wskazałam mu ręką kierunek i ostatni raz obdarzyłam Isbella spojrzeniem. Stał z rękami w kieszeniach i uśmiechał się cwaniacko.
Obsłużyłam tego chłopaka, a na koniec w podziękowaniu za pomoc w doborze instrumentu zostałam delikatnie przytulona. Nie powiem, miły gest z jego strony. Po jego wyjściu wróciłam do działu z gitarami, żeby trochę ogarnąć. Weszłam do pomieszczenia, gdzie można wypróbować instrumenty i powyłączałam wzmacniacz, bo widocznie ten młody chłopak o tym zapomniał. Na bruneta nawet nie spojrzałam. Byłam na niego wściekła. Jakim prawem się tak zachowuje? Kto mu je dał? Na pewno nie ja!
- Mi też pomożesz? Bo ja się na tym zupełnie nie znam - powiedział przedrzeźniając głos chłopaka i oparł się o wejście. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem.
- O co Ci kurwa chodzi?! Taka moja praca! A poza tym chłopak był naprawdę miły i nieporadny, więc nie wiem dlaczego nie miałabym mu pomóc! - podniosłam głos i stanęłam wyprostowana naprzeciwko mojego chłopaka. Na szczęście w tej części sklepu nie kręcili się teraz żadni klienci.
- No pewnie! Bo takie zagubione szczeniaczki są najsłodsze nie?! Trzeba było jeszcze się z nim umówić i nauczyć go grać! Albo w ogóle żyć skoro on taki nieporadny! - też się wkurzył i zbliżył twarz do mojej.
- Co Ty pieprzysz? Ty słyszysz co Ty mówisz?
- Nie będzie mi Cię jakiś byle grajek podrywał!
- Ten byle grajek był moim klientem i musiałam być dla niego uprzejma, a poza tym po prostu był miły! To taki naturalny odruch ludzki, słyszałeś może kiedyś o nim? Czy dragi już zupełnie wyprały Ci mózg? - powiedziałam zła jak osa, a Izzy spojrzał mi tylko głęboko w oczy i bez słowa opuścił sklep.
Wzięłam kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić i wróciłam na stanowisko, gdzie układałam płyty na półkach. Szef dziwnie na mnie spojrzał. Mam tylko nadzieję, że nic nie było słychać tutaj. O nie, idzie w moją stronę!
- Deborah, wszystko w porządku? - zapytał wyraźnie zmartwiony. Aż mi się cieplej na sercu zrobiło. Właściciel traktował mnie trochę jak rodzinę, jak jego zresztą też, dlatego tak dobrze mi się tu pracowało. I nie mam zamiaru stracić tej pracy. A na pewno nie przez Stradlina.
- Tak, oczywiście. - zapewniłam szybko, a płyta, którą właśnie miałam włożyć na półkę wyślizgnęła mi się z ręki i uderzyła o podłogę. Schyliłam się szybko i ją podniosłam, jednak na skutek upadku oderwała się od niej malutka część.
- Jezu przepraszam! Ja za to zapłacę!
- Nie ma takiej potrzeby, Debbie uspokój się. Chcesz iść do domu? - zapytał z troską, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Nie! Dokończę pracę. - wysiliłam się na uśmiech.
- No to zostaw na razie te winyle. Chodź na zaplecze, wypijemy herbatę i opowiesz mi, co się stało.
Pokiwałam jedynie głową i po kilku minutach siedziałam już z szefem w małym pomieszczeniu na końcu sklepu z kubkiem aromatycznej cieczy w dłoni.
- To był Twój chłopak? - zapytał pan Harrison, szef.
- Tak i ja... przepraszam za to, co się stało. To w końcu moje miejsce pracy. - upiłam łyk napoju.
- Nie przejmuj się. To nic takiego. I tak prawie nie było klientów w sklepie, a kiedy zaczęliście się kłócić podgłośniłem muzykę.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Czy ten człowiek kiedykolwiek był zły, wkurzony, smutny? Zawsze uśmiechnięty, wyluzowany i pełen zrozumienia. Był wymarzonym szefem.
- No to powiesz mi o co poszło? - zadał pytanie z rodzicielską troską, a ja nawet nie wiem kiedy opowiedziałam mu wszystko, co się dzisiaj wydarzyło w sklepie.
Kiedy skończyłam zauważyłam, że pan Harrison lekko się podśmiewuje. Wbiłam w niego totalnie zdezorientowany wzrok.
- Kochanie, przecież to proste. - zmarszczyłam brwi. - Ten młodzieniec jest po prostu o Ciebie zazdrosny. Boi się, że Cię straci. A to oznacza tylko jedno: musi Cię bardzo kochać. Ale pamiętaj! - tu uniósł palec do góry. - Musisz postawić mu granicę zazdrości, żeby nie stała się uciążliwa i chorobliwa. Ale myślę, że tak nie będzie. Po prostu chłopak poczuł się zagrożony, to nic złego.
- Tyle, że ja tylko pomagałam klientowi. - jęknęłam żałośnie.
- Dziecko, musicie się jeszcze dotrzeć. Sama mówiłaś, że jesteście razem od niedawna. Będzie dobrze. - mrugnął do mnie i upił łyk herbaty.
- Mam nadzieję. No dobra, porozmawiam z nim. - uśmiechnęłam się do szefa i serdecznie go przytuliłam.
Oj Isbell, mamy do pogadania.
piątek, 12 kwietnia 2013
Dead Flowers - Rozdział 5
Ktoś jeszcze w ogóle pamięta o tym opowiadaniu? :P Nie mam pojęcia, co mi odwaliło, że zaczęłam coś tu pisać. Ale skoro już naskrobałam, to mam nadzieję, że aż tak bardzo nie wyszłam z wprawy i da się to jakoś czytać bez większej męki :)
Kiedy już się od siebie oderwaliśmy, po tym jak Slash wykonał ruch palcem 'zaraz się porzygam', Izzy walnął go w głowę, a ja zachichotałam, a następnie zostałam zaprowadzona do salonu. A tam Stradlin znowu przyciągnął mnie do siebie i pocałował zachłannie.
- Nie żebym chciał przeszkadzać, ale weźcie się obściskujcie kurwa gdzie indziej. - przerwał nam schodzący właśnie ze schodów Axl i skierował się do kuchni.
Rytmiczny już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, kiedy kopnęłam go w kostkę i dałam do zrozumienia, żeby puścił to mimo uszu. Ten przewrócił tylko oczami i poszedł do salonu. Kiedy zauważył, że nie idę za nim obrócił się w moją stronę i spojrzał pytająco.
- Idziesz? - zapytał wskazując palcem na pokój.
- Nie, chyba pójdę się czegoś napić. - uśmiechnęłam się i szybko obróciłam w drugą stronę. Oczywiście nie chciało mi się pić, ale Rose wydał mi się jakiś dziwny, więc postanowiłam z nim pogadać.
Weszłam do pomieszczenia i zauważyłam Axla siedzącego na parapecie z papierosem w ręce. Nie zauważył mnie, bo siedział bokiem, a twarz miał odwróconą w przestrzeń za szybą. Podeszłam do niego cicho i delikatnie położyłam mu rękę na ramieniu. Mój dotyk spowodował jego poruszenie i gwałtowne odwrócenie w moją stronę.
- Nie strasz mnie tak, Mała. - uśmiechnął się delikatnie i zaciągnął papierosem.
- Przepraszam. - spuściłam lekko głowę. Między nami zapanowała niezręczna cisza. Wokalista przekręcił głowę i znowu zaczął wpatrywać się w ogródek sąsiadów, po którym biegała dwójka dzieciaków. Chłopiec i dziewczynka, na oko mieli nie więcej niż 5 lat. Świetnie się ze sobą bawili. Chłopiec gonił dziewczynkę z wężem ogrodowym w rączkach, a ona uciekała przed nim zaśmiewając się uroczo i piszcząc przez śmiech, gdy strumień wody puszczony przez jej brata lekko ją dosięgnął. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę z Rosem, więc wzięłam sobie fajkę z paczki leżącej obok niego i zapaliłam ją zapalniczką znajdującą się w środku opakowania. Mocno się zaciągnęłam i wypuszczając szary obłoczek dymu odezwałam się, bo ta cisza zaczynała mi coraz bardziej doskwierać.
- Co jest, Axl? - mężczyzna spojrzał na mnie i przez dłuższy czas wpatrywał się w moją twarz uważnie ją lustrując.
- Nic, a co ma być? - uśmiechnął się szeroko, żeby udowodnić, że czuje się świetnie, jednak mnie to w ogóle nie przekonało.
- Przecież widzę. Przede mną nie musisz udawać.
- Po prostu mam gorszy dzień, każdemu się może zdarzyć. - przewrócił oczami i przerzucił wzrok na lodówkę.
- Chcesz o tym pogadać? - zadałam kolejne pytanie. Ewidentnie widziałam, że coś go dręczy i nie miałam zamiaru tak tego zostawić.
- Nie ma o czym... - urwał, po czym nastała cisza przerywana cichym tykaniem zegara wiszącym nad stołem. Specjalnie nic nie mówiłam, bo wiedziałam, że w końcu powie mi, co mu leży na sercu. Axl nie jest raczej typem samotnika i prędzej czy później odczuje potrzebę wygadania się komuś. - No dobra, zazdroszczę Izzy'emu... - zaczął, po czym przerwał i spojrzał mi w oczy, które w tym momencie trochę się rozszerzyły. - Nie, nie mam na myśli, że Cię kocham czy coś w tym stylu. Możesz być spokojna. Traktuję Cię tylko i wyłącznie, jak przyjaciółkę. Chodzi mi o to, że Stradlin w końcu się zakochał, jest w stałym związku, ma kogoś przy kim może być sobą i nikogo nie udawać. A co najważniejsze, jest kochany. - po raz kolejny odwrócił głowę i wbił wzrok na widok za oknem. Ja nadal się nie odzywałam, nie chcąc mu przerywać.
- A mi znowu nie wyszło. Wiesz, nie mówiłem Ci, żeby nie zapeszyć, ale jakieś dwa tygodnie temu poznałem kogoś. Była śliczna i inteligentna. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie chodzi mi o to, że się w niej zakochałem, ale kurwa, myślałem, że w końcu trafiłem na kobietę, z którą mogę stworzyć coś trwałego, co nie będzie trwało dzień, czy dwa. Ale oczywiście jak ostatni frajer dałem się nabrać. Jej chodziło tylko o moją kasę i liczyła na to, że jak będzie pokazywać się z Axlem Rosem to się wypromuje. W sumie, czego mogłem spodziewać się po striptizerce. Kurwa, Debbie, co jest ze mną nie tak? - spojrzał mi prosto w oczy, a mnie aż poraziło cierpienie, które zobaczyłam w jego zielonych tęczówkach.
- Axl, wszystko z Tobą dobrze! Jesteś wspaniały ! To z tymi pannami jest coś nie tak, skoro nie potrafią zauważyć tego, jakim wrażliwym i czułym facetem jesteś. To, że zdarzają Ci się gorsze dni i zmiany nastrojów nie jest Twoją winą! Daj sobie trochę czasu, a zobaczysz, że w najmniej spodziewanym momencie spotkasz miłość swojego życia. Taką, która zaakceptuje i pokocha całego Ciebie. Łącznie z wadami. - mrugnęłam do niego, co spowodowało lekkie wygięcie się jego kącików ust.
- Kurwa, trochę poważnie się zrobiło. - zaśmiał się cynicznie, a ja mu zawtórowałam.
- Debbie! Co Ty tu robisz tyle czasu?! - nagle usłyszeliśmy głos Izzyego. Gwałtownie się obróciłam i zauważyłam mojego chłopaka stojącego w drzwiach kuchni.
- A tak sobie rozmawiamy. Już do Ciebie idę. - zapewniłam go, po czym jeszcze na chwilę odwróciłam się w stronę Axla i gdy ten bezdźwięcznie powiedział "dziękuję", uśmiechnęłam się tylko i podeszłam do Stradlina chwytając go za wyciągniętą w moją stronę dłoń.
- Wszystko ok? - zapytał Izzy tak, żebym tylko ja mogła go usłyszeć.
- No jasne. - odpowiedziałam i pocałowałam go czule.
- A tak w ogóle to trzeba by zrobić w końcu próbę nie? Nie graliśmy od... - uniósł wzrok do góry, obliczając czas. -... ostatniego koncertu, czyli wczoraj.
- No dobra. Czas trochę ponakurwiać! - Axl zeskoczył z parapetu i wyminął nas drąc się na całe gardło "Złazić chuje, robimy próbę!". Po chwili ze schodów zaczęli schodzić poszczególni członkowie zespołu i od razu kierowali się do maleńkiego pomieszczenia, które robiło tutaj za salę do prób. Kiedy zauważyłam, że Duff idzie razem z Mandy, podeszłam do nich i chwyciłam blondynkę za rękę.
- Nie miałabyś ochoty pogadać przy winku? Czy wolisz słuchać tego napierdalania? - kiedy to wypowiedziałam, basista chrząknął znacząco, więc szybko się poprawiłam, szczerząc zęby w uśmiechu - Które oczywiście jest najlepsze z najlepszych! - zapewniłam go, co sprawiło, że wystawił mi język i poszedł do reszty chłopaków, którzy zdążyli już się zgromadzić w pokoju.
- Wybieram pierwszą opcję. - powiedziała Mandy i razem poszłyśmy do pokoju Izzyego.
- No opowiadaj, bo mnie ciekawość zżera! - rozkazałam dziewczynie, kiedy siedziałyśmy już na łóżku Stradlina, każda z butelką Nightraina, którego znalazłyśmy pod łóżkiem, w ręce.
- Ale co? - udała, że nie wie, o czym mówię i odkorkowała swoje wino.
- No jak to co? Waszą historię! Nie miałyśmy czasu o tym pogadać, a wtedy w tej garderobie po koncercie normalnie mnie kurwa zatkało! - również otworzyłam swoją butelkę i pociągnęłam duży łyk, po czym poczułam przyjemne ciepło w gardle.
- No cóż, kiedyś, jak Duff jeszcze mieszkał w Seattle, byliśmy parą.... - i zaczęła opowiadać mi historię ich związku. Okazało się, że oboje mieszkali obok siebie i przez to często się spotykali. A to na ulicy, a to na jakiejś imprezie u znajomych. I tak od słowa do słowa, od spotkania do spotkania zostali parą. Mandy wiedziała o jego planach związanych z muzyką, ale na początku traktowała je jako marzenia młodego chłopaka, które mają naprawdę niewielką szansę się spełnić. Aż tu pewnego dnia, Duff oznajmia jej, że wyjeżdża do Los Angeles, żeby spróbować swoich sił jako muzyk, bo w Seattle nie miał przed sobą żadnych perspektyw. Chciał, żeby wyjechała z nim, ale ona była młoda i miała tam rodzinę, przyjaciół. Nie chciała zostawiać całego swojego dotychczasowego życia. Więc się rozstali. Z bólem i złamanymi sercami. Przez długi czas po jego wyjeździe zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, nie jadąc z nim. W końcu nie mogąc znieść tęsknoty, zaryzykowała. Rzuciła wszystko i przyjechała tutaj. Nie sądziła, że go odnajdzie. A nawet jeśli by jej się udało, nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. Aż pewnego dnia zupełnie przypadkiem trafiła na ogłoszenie o jego koncercie, więc stwierdziła, że pójdzie, żeby zobaczyć jak mu się wiedzie. No a w klubie poznała mnie, a ja zaprowadziłam ją do tej garderoby niczego nieświadoma.
- Ja pierdolę, jaka historia! - zawołałam i opróżniłam butelkę z winem.
- A najlepsze jest to, że to dzięki Tobie znowu jesteśmy razem! - zaśmiała się dziewczyna i również wypiła wszystko do końca, po czym stuknęłyśmy się pustymi butelkami.
- Kurwa, czuję się jakąś jebaną matką Waszego związku! - wybuchnęłyśmy takim śmiechem, że Mandy zleciała z łóżka z głośnym hukiem.
- Ałaaa kurwaa! - zawyła nie przestając się śmiać.
- Żyjesz? - zapytałam przez śmiech i pomogłam jej wczołgać się z powrotem na materac.
- Żyję! Ale kolano mnie boli - zrobiła smutną minkę i zaczęła rozmasowywać bolące miejsce.
- Do wesela się zagoi - zażartowałam, po czym wstałam i podeszłam do drzwi.
- Nigdzie się stąd nie ruszaj, zaraz wracam. - rozkazałam, a blondynka pokiwała jedynie głową, dalej zajmując się obolałym kolanem.
Uchyliłam delikatnie drzwi i gdy usłyszałam, że na dole cały czas trwa próba przemknęłam do pokoju Stevena. Otworzyłam drzwi i od razu skierowałam się do szafki nocnej. Otworzyłam ją i podnosząc jakieś papiery do góry znalazłam to czego szukałam. Tabliczkę czekolady. Skąd wiedziałam, że tam będzie? Adler kiedyś chwalił mi się, że zawsze trzyma w szafce obok łóżka tabliczkę czekolady, bo uwielbia słodycze. Tak jak ja. Więc dlaczego by nie skorzystać? Niewiele myśląc chwyciłam moją zdobycz i zostawiając wszystko tak jak było, zanim tu przyszłam, wróciłam do pokoju.
- Patrz co mam! - pomachałam Mandy czekoladą przed nosem.
- Ooo jak miło. Skąd wzięłaś? - zapytała wkładając sobie kostkę słodkości do ust.
- Od Stevena. - wzruszyłam ramionami.
- W sumie trochę mało się znamy. Opowiedz coś o sobie. - zakomenderowała blondynka zjadając kolejną część.
I tak zleciała nam kolejna godzina. Chłopaki kiedy skończyli próbę, zawołali nas i rozsiedliśmy się w salonie oglądając jakąś komedię, która powodowała niekontrolowane wybuchy śmiechu z naszej strony. Zauważyłam, że Axl już się rozchmurzył i zachowywał jak gdyby nic się nie stało. Miałam tylko nadzieję, że naprawdę już mu przeszło, a nie, że zgrywa się, aby nikt nie zauważył.
Kiedy już się od siebie oderwaliśmy, po tym jak Slash wykonał ruch palcem 'zaraz się porzygam', Izzy walnął go w głowę, a ja zachichotałam, a następnie zostałam zaprowadzona do salonu. A tam Stradlin znowu przyciągnął mnie do siebie i pocałował zachłannie.
- Nie żebym chciał przeszkadzać, ale weźcie się obściskujcie kurwa gdzie indziej. - przerwał nam schodzący właśnie ze schodów Axl i skierował się do kuchni.
Rytmiczny już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, kiedy kopnęłam go w kostkę i dałam do zrozumienia, żeby puścił to mimo uszu. Ten przewrócił tylko oczami i poszedł do salonu. Kiedy zauważył, że nie idę za nim obrócił się w moją stronę i spojrzał pytająco.
- Idziesz? - zapytał wskazując palcem na pokój.
- Nie, chyba pójdę się czegoś napić. - uśmiechnęłam się i szybko obróciłam w drugą stronę. Oczywiście nie chciało mi się pić, ale Rose wydał mi się jakiś dziwny, więc postanowiłam z nim pogadać.
Weszłam do pomieszczenia i zauważyłam Axla siedzącego na parapecie z papierosem w ręce. Nie zauważył mnie, bo siedział bokiem, a twarz miał odwróconą w przestrzeń za szybą. Podeszłam do niego cicho i delikatnie położyłam mu rękę na ramieniu. Mój dotyk spowodował jego poruszenie i gwałtowne odwrócenie w moją stronę.
- Nie strasz mnie tak, Mała. - uśmiechnął się delikatnie i zaciągnął papierosem.
- Przepraszam. - spuściłam lekko głowę. Między nami zapanowała niezręczna cisza. Wokalista przekręcił głowę i znowu zaczął wpatrywać się w ogródek sąsiadów, po którym biegała dwójka dzieciaków. Chłopiec i dziewczynka, na oko mieli nie więcej niż 5 lat. Świetnie się ze sobą bawili. Chłopiec gonił dziewczynkę z wężem ogrodowym w rączkach, a ona uciekała przed nim zaśmiewając się uroczo i piszcząc przez śmiech, gdy strumień wody puszczony przez jej brata lekko ją dosięgnął. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę z Rosem, więc wzięłam sobie fajkę z paczki leżącej obok niego i zapaliłam ją zapalniczką znajdującą się w środku opakowania. Mocno się zaciągnęłam i wypuszczając szary obłoczek dymu odezwałam się, bo ta cisza zaczynała mi coraz bardziej doskwierać.
- Co jest, Axl? - mężczyzna spojrzał na mnie i przez dłuższy czas wpatrywał się w moją twarz uważnie ją lustrując.
- Nic, a co ma być? - uśmiechnął się szeroko, żeby udowodnić, że czuje się świetnie, jednak mnie to w ogóle nie przekonało.
- Przecież widzę. Przede mną nie musisz udawać.
- Po prostu mam gorszy dzień, każdemu się może zdarzyć. - przewrócił oczami i przerzucił wzrok na lodówkę.
- Chcesz o tym pogadać? - zadałam kolejne pytanie. Ewidentnie widziałam, że coś go dręczy i nie miałam zamiaru tak tego zostawić.
- Nie ma o czym... - urwał, po czym nastała cisza przerywana cichym tykaniem zegara wiszącym nad stołem. Specjalnie nic nie mówiłam, bo wiedziałam, że w końcu powie mi, co mu leży na sercu. Axl nie jest raczej typem samotnika i prędzej czy później odczuje potrzebę wygadania się komuś. - No dobra, zazdroszczę Izzy'emu... - zaczął, po czym przerwał i spojrzał mi w oczy, które w tym momencie trochę się rozszerzyły. - Nie, nie mam na myśli, że Cię kocham czy coś w tym stylu. Możesz być spokojna. Traktuję Cię tylko i wyłącznie, jak przyjaciółkę. Chodzi mi o to, że Stradlin w końcu się zakochał, jest w stałym związku, ma kogoś przy kim może być sobą i nikogo nie udawać. A co najważniejsze, jest kochany. - po raz kolejny odwrócił głowę i wbił wzrok na widok za oknem. Ja nadal się nie odzywałam, nie chcąc mu przerywać.
- A mi znowu nie wyszło. Wiesz, nie mówiłem Ci, żeby nie zapeszyć, ale jakieś dwa tygodnie temu poznałem kogoś. Była śliczna i inteligentna. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie chodzi mi o to, że się w niej zakochałem, ale kurwa, myślałem, że w końcu trafiłem na kobietę, z którą mogę stworzyć coś trwałego, co nie będzie trwało dzień, czy dwa. Ale oczywiście jak ostatni frajer dałem się nabrać. Jej chodziło tylko o moją kasę i liczyła na to, że jak będzie pokazywać się z Axlem Rosem to się wypromuje. W sumie, czego mogłem spodziewać się po striptizerce. Kurwa, Debbie, co jest ze mną nie tak? - spojrzał mi prosto w oczy, a mnie aż poraziło cierpienie, które zobaczyłam w jego zielonych tęczówkach.
- Axl, wszystko z Tobą dobrze! Jesteś wspaniały ! To z tymi pannami jest coś nie tak, skoro nie potrafią zauważyć tego, jakim wrażliwym i czułym facetem jesteś. To, że zdarzają Ci się gorsze dni i zmiany nastrojów nie jest Twoją winą! Daj sobie trochę czasu, a zobaczysz, że w najmniej spodziewanym momencie spotkasz miłość swojego życia. Taką, która zaakceptuje i pokocha całego Ciebie. Łącznie z wadami. - mrugnęłam do niego, co spowodowało lekkie wygięcie się jego kącików ust.
- Kurwa, trochę poważnie się zrobiło. - zaśmiał się cynicznie, a ja mu zawtórowałam.
- Debbie! Co Ty tu robisz tyle czasu?! - nagle usłyszeliśmy głos Izzyego. Gwałtownie się obróciłam i zauważyłam mojego chłopaka stojącego w drzwiach kuchni.
- A tak sobie rozmawiamy. Już do Ciebie idę. - zapewniłam go, po czym jeszcze na chwilę odwróciłam się w stronę Axla i gdy ten bezdźwięcznie powiedział "dziękuję", uśmiechnęłam się tylko i podeszłam do Stradlina chwytając go za wyciągniętą w moją stronę dłoń.
- Wszystko ok? - zapytał Izzy tak, żebym tylko ja mogła go usłyszeć.
- No jasne. - odpowiedziałam i pocałowałam go czule.
- A tak w ogóle to trzeba by zrobić w końcu próbę nie? Nie graliśmy od... - uniósł wzrok do góry, obliczając czas. -... ostatniego koncertu, czyli wczoraj.
- No dobra. Czas trochę ponakurwiać! - Axl zeskoczył z parapetu i wyminął nas drąc się na całe gardło "Złazić chuje, robimy próbę!". Po chwili ze schodów zaczęli schodzić poszczególni członkowie zespołu i od razu kierowali się do maleńkiego pomieszczenia, które robiło tutaj za salę do prób. Kiedy zauważyłam, że Duff idzie razem z Mandy, podeszłam do nich i chwyciłam blondynkę za rękę.
- Nie miałabyś ochoty pogadać przy winku? Czy wolisz słuchać tego napierdalania? - kiedy to wypowiedziałam, basista chrząknął znacząco, więc szybko się poprawiłam, szczerząc zęby w uśmiechu - Które oczywiście jest najlepsze z najlepszych! - zapewniłam go, co sprawiło, że wystawił mi język i poszedł do reszty chłopaków, którzy zdążyli już się zgromadzić w pokoju.
- Wybieram pierwszą opcję. - powiedziała Mandy i razem poszłyśmy do pokoju Izzyego.
- No opowiadaj, bo mnie ciekawość zżera! - rozkazałam dziewczynie, kiedy siedziałyśmy już na łóżku Stradlina, każda z butelką Nightraina, którego znalazłyśmy pod łóżkiem, w ręce.
- Ale co? - udała, że nie wie, o czym mówię i odkorkowała swoje wino.
- No jak to co? Waszą historię! Nie miałyśmy czasu o tym pogadać, a wtedy w tej garderobie po koncercie normalnie mnie kurwa zatkało! - również otworzyłam swoją butelkę i pociągnęłam duży łyk, po czym poczułam przyjemne ciepło w gardle.
- No cóż, kiedyś, jak Duff jeszcze mieszkał w Seattle, byliśmy parą.... - i zaczęła opowiadać mi historię ich związku. Okazało się, że oboje mieszkali obok siebie i przez to często się spotykali. A to na ulicy, a to na jakiejś imprezie u znajomych. I tak od słowa do słowa, od spotkania do spotkania zostali parą. Mandy wiedziała o jego planach związanych z muzyką, ale na początku traktowała je jako marzenia młodego chłopaka, które mają naprawdę niewielką szansę się spełnić. Aż tu pewnego dnia, Duff oznajmia jej, że wyjeżdża do Los Angeles, żeby spróbować swoich sił jako muzyk, bo w Seattle nie miał przed sobą żadnych perspektyw. Chciał, żeby wyjechała z nim, ale ona była młoda i miała tam rodzinę, przyjaciół. Nie chciała zostawiać całego swojego dotychczasowego życia. Więc się rozstali. Z bólem i złamanymi sercami. Przez długi czas po jego wyjeździe zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, nie jadąc z nim. W końcu nie mogąc znieść tęsknoty, zaryzykowała. Rzuciła wszystko i przyjechała tutaj. Nie sądziła, że go odnajdzie. A nawet jeśli by jej się udało, nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. Aż pewnego dnia zupełnie przypadkiem trafiła na ogłoszenie o jego koncercie, więc stwierdziła, że pójdzie, żeby zobaczyć jak mu się wiedzie. No a w klubie poznała mnie, a ja zaprowadziłam ją do tej garderoby niczego nieświadoma.
- Ja pierdolę, jaka historia! - zawołałam i opróżniłam butelkę z winem.
- A najlepsze jest to, że to dzięki Tobie znowu jesteśmy razem! - zaśmiała się dziewczyna i również wypiła wszystko do końca, po czym stuknęłyśmy się pustymi butelkami.
- Kurwa, czuję się jakąś jebaną matką Waszego związku! - wybuchnęłyśmy takim śmiechem, że Mandy zleciała z łóżka z głośnym hukiem.
- Ałaaa kurwaa! - zawyła nie przestając się śmiać.
- Żyjesz? - zapytałam przez śmiech i pomogłam jej wczołgać się z powrotem na materac.
- Żyję! Ale kolano mnie boli - zrobiła smutną minkę i zaczęła rozmasowywać bolące miejsce.
- Do wesela się zagoi - zażartowałam, po czym wstałam i podeszłam do drzwi.
- Nigdzie się stąd nie ruszaj, zaraz wracam. - rozkazałam, a blondynka pokiwała jedynie głową, dalej zajmując się obolałym kolanem.
Uchyliłam delikatnie drzwi i gdy usłyszałam, że na dole cały czas trwa próba przemknęłam do pokoju Stevena. Otworzyłam drzwi i od razu skierowałam się do szafki nocnej. Otworzyłam ją i podnosząc jakieś papiery do góry znalazłam to czego szukałam. Tabliczkę czekolady. Skąd wiedziałam, że tam będzie? Adler kiedyś chwalił mi się, że zawsze trzyma w szafce obok łóżka tabliczkę czekolady, bo uwielbia słodycze. Tak jak ja. Więc dlaczego by nie skorzystać? Niewiele myśląc chwyciłam moją zdobycz i zostawiając wszystko tak jak było, zanim tu przyszłam, wróciłam do pokoju.
- Patrz co mam! - pomachałam Mandy czekoladą przed nosem.
- Ooo jak miło. Skąd wzięłaś? - zapytała wkładając sobie kostkę słodkości do ust.
- Od Stevena. - wzruszyłam ramionami.
- W sumie trochę mało się znamy. Opowiedz coś o sobie. - zakomenderowała blondynka zjadając kolejną część.
I tak zleciała nam kolejna godzina. Chłopaki kiedy skończyli próbę, zawołali nas i rozsiedliśmy się w salonie oglądając jakąś komedię, która powodowała niekontrolowane wybuchy śmiechu z naszej strony. Zauważyłam, że Axl już się rozchmurzył i zachowywał jak gdyby nic się nie stało. Miałam tylko nadzieję, że naprawdę już mu przeszło, a nie, że zgrywa się, aby nikt nie zauważył.
Versatile Blogger Award!
No i mój drugi blog również został nominowany do tej nagrody :) A ja znowu nie wiem, o co z tym chodzi xD W każdym bądź razie baaardzo dziękuję Liz i Heaven za docenienie mojej pracy i za to, że spośród tylu wspaniałych blogów wybrały także mój <3
1. Nominowana osoba pokazuje nagrodę na swoim blogu.
2. Dziękuję za nominację.
3. Ujawnia 7 faktów o sobie.
4. Nominuje 7 blogów.
5. I na koniec informuje o nominacji blogi nominowane.
Oto zasady:
2. Dziękuję za nominację.
3. Ujawnia 7 faktów o sobie.
4. Nominuje 7 blogów.
5. I na koniec informuje o nominacji blogi nominowane.
Mam nadzieję, że nic się nie stanie jak wstawię tu to samo, co jest na drugim blogu :)
7 faktów o mnie:
1. Boję się pająków, clownów i Samary z "Ringu".
2. Gram na basie i gitarze klasycznej.
3. Od kilkunastu dni jestem pełnoletnia.
4. Mam wielkiego misia, który nosi imię Jeff. Po Isbellu.
5. Jeśli nie mam przy sobie książki albo muzyki, mogę przespać cały dzień.
6. Totalnie nie mam cierpliwości.
7. Marzy mi się praca dziennikarki, najlepiej muzycznej.
1. Boję się pająków, clownów i Samary z "Ringu".
2. Gram na basie i gitarze klasycznej.
3. Od kilkunastu dni jestem pełnoletnia.
4. Mam wielkiego misia, który nosi imię Jeff. Po Isbellu.
5. Jeśli nie mam przy sobie książki albo muzyki, mogę przespać cały dzień.
6. Totalnie nie mam cierpliwości.
7. Marzy mi się praca dziennikarki, najlepiej muzycznej.
Moje nominacje:
1. http://the-flames-burned-out.blogspot.com/
2. http://isjustalittlepatience.blogspot.com/
3. http://gunsnroses-sweet-child-o-mine.blogspot.com/
4. http://przyszlosc-jest-niepewna.blogspot.com/
5. http://zwierzenia-sunset-strip.blogspot.com/
6. http://xxlittle-xdiffrent-fckn-gnr.blogspot.com/
7. http://nightrain-to-sunset-strip.blogspot.com/
1. http://the-flames-burned-out.blogspot.com/
2. http://isjustalittlepatience.blogspot.com/
3. http://gunsnroses-sweet-child-o-mine.blogspot.com/
4. http://przyszlosc-jest-niepewna.blogspot.com/
5. http://zwierzenia-sunset-strip.blogspot.com/
6. http://xxlittle-xdiffrent-fckn-gnr.blogspot.com/
7. http://nightrain-to-sunset-strip.blogspot.com/
niedziela, 24 marca 2013
Psycho Love - Rozdział 15
Przepraszam za to, że dopiero teraz coś dodaję, ale nie mogłam się zebrać w sobie, żeby cokolwiek napisać... I przepraszam za długość, ale w rozdziale znajduje się tylko to, co naprawdę powinno, dlatego wyszedł taki krótki...
No i przy czytaniu polecam posłuchać tą piosenkę... Myślę, że pasuje.
Sebastian:
No i zostaliśmy sami. Unikałem wzroku Marii jak mogłem, ale jej oczy wypalały we mnie dziurę. Wiedziałem, że czeka, aż coś powiem, ale jednocześnie nie wiedziałem, co niby miałbym jej powiedzieć. Że wybaczam? Że nic się nie stało? Ale stało się. I ona o tym doskonale wiedziała.
W końcu podniosłem na nią swoje oczy. Chciałem, żeby zobaczyła w nich, jakie spustoszenie zrobiła w moim sercu. Bo to serce nie biło już dla niej.
- Sebastian.. - odezwała się, jako pierwsza po tej długiej ciszy, która doskwierała nam obojgu.
- Poczekaj! - przerwałem jej gwałtownie. - Posłuchaj uważnie, bo nie będę tego powtarzał. - Maria usiadła na kanapie naprzeciwko mnie i spuściła wzrok na swoje dłonie nerwowo skubiące rąbek koszuli.
- Wyjechałaś sobie tak po prostu nie licząc się z naszymi uczuciami, a teraz tak po prostu sobie wracasz i myślisz, że co? Że rzucimy Ci się w ramiona i powiemy, że nic się nie stało? No kurwa nie! Bo zraniłaś nas! Zniszczyłaś mnie doszczętnie! I gdy już jakoś się pozbierałem i zacząłem żyć normalnie zapominając, jak zdeptałaś moje serce, Ty się pojawiasz i znowu wywracasz wszystko do góry nogami! Ale wiesz co? Nie masz do czego! Bo ja nie chcę Cię znać! Dla mnie już nie istniejesz! Zniszczyłaś to, co było między nami i tego nie da się naprawić... A przynajmniej ja nie chcę... - zakończyłem swój monolog i wziąłem głęboki wdech, bo wcześniejsze słowa wyrzucałem z siebie w tempie karabinu maszynowego. Kurwa, miałem w sobie tyle emocji, że nawet nie poczułem, jak na moim policzkach pojawiły się pojedyncze, gorące łzy. Poczułem się jak frajer, że tak się przy niej rozkleiłem pokazując prawdziwe emocje i szybkim ruchem starłem słone krople z twarzy. Za to Maria cała, aż się zanosiła od płaczu, a co jakiś czas spazmatyczny szloch wstrząsał jej ciałem. Ale nie było mi jej żal. Przez nią nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie się w kimś zakochać i mu zaufać.
- Ja.. p-przepraszam... J-ja... myślałam... A zresztą... nie-ważne... Ale... ch-chcę... żebyś wiedział... że... Cię k-kocham.. - powiedziała z trudem, bo płacz uniemożliwiał jej normalne wypowiadanie słów, a ja zacisnąłem mocno powieki, po czym jedna łza wypłynęła z mojego oka.
- Ale ja Ciebie nie... I proszę, wyjdź. - ostatnie zdanie wyszeptałem i czekałem, aż spełni moją prośbę, nadal nie otwierając oczu.Usłyszałem tylko, jak pociąga nosem, a po chwili w salonie rozległ się dźwięk zamykanych drzwi.
Po jej wyjściu nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Byłem tak naładowany różnymi emocjami, że chwyciłem pierwszy lepszy przedmiot, który miałem pod ręką i cisnąłem nim w ścianę. Jak się okazało, była to butelka Danielsa, a brązowy płyn ściekał teraz cienką linią, po śnieżnobiałej ścianie. Wpatrywałem się, jak pojedyncze krople kapią na rozbite pod ścianą szkło. Po chwili usłyszałem również kroki na schodach i po kilku sekundach w wejściu do salonu stanęła Ivy. Najpierw jej wzrok skierował się na ścianę i to, co się z nią stało, a następnie na mnie. Nie wiedząc, co mam zrobić, żałośnie się do niej uśmiechnąłem, na co brunetka podeszła do mnie bez słowa i mocno przytuliła. Odwzajemniłem uścisk wtulając się w nią, jak w maskotkę.
- Widziałam przez okno, jak Maria wychodziła. Pokłóciliście się? - zapytała odsuwając się lekko ode mnie.
- Nie do końca. Po prostu powiedziałem jej prawdę. Ivy... ja już nie umiem, nie potrafię... Ona za bardzo mnie zraniła.. - mówiłem bez ładu i składu wpatrując się w jej twarz.
- Sebastian, spokojnie, rozumiem - chwyciła moją twarz w swoje drobne dłonie - Nikt nie wymaga od Ciebie, żebyś jej wybaczył... Bo to w tej sytuacji raczej niemożliwe...
Wyrwałem się z jej dotyku i odwróciłem plecami wypuszczając głośno powietrze z ust.
- Chcesz o tym pogadać? - po chwili usłyszałem jej cichy głos. Wyczułem w nim autentyczną troskę, co wywołało delikatne uniesienie moich kącików ust.
- Nie, ale dzięki, że się martwisz. - odpowiedziałem odwracając się w jej stronę i posyłając niemrawy uśmiech.
- Przepraszam, ale chyba... chcę teraz zostać sam. - w odpowiedzi otrzymałem tylko skinienie głową i bez słowa udałem się do swojego pokoju.
Tam włączyłem sobie winyl Aerosmith i walnąłem się na łóżko. Jak to bywa w takich sytuacjach zacząłem rozmyślać. Przed oczami przeleciały mi nasze wszystkie wspólne chwile. Od tego, jak się poznaliśmy, po dzisiejszy dzień. Wszystkie wzloty i upadki. Radości i smutki. Wbrew pozorom dużo razem przeszliśmy. Maria była ze mną wtedy, kiedy graliśmy jeszcze w garażu i nikt nas nie znał, oraz wtedy, kiedy zaczęliśmy zyskiwać rozgłos i sławę. Na wspomnienie tych chwil, aż się uśmiechnąłem. Naprawdę mieliśmy razem cudowne wspomnienia. Niestety, jej wyjazd wszystko zepsuł. I nie da już się naprawić tego, co się zjebało. Bo to zaszło za daleko. Nie czuję już w jej obecności tego, co czułem kiedyś. Nawet nie wiem, czy to tylko i jedynie złość i żal. Wydaję mi się, że przyczyna leży też w tym, iż nasza miłość po prostu nie przetrwała tej próby. Widocznie nie była na tyle silna. My nie byliśmy na tyle silni. A jak wiadomo, nie da się posklejać lustra tak, żeby nie było żadnych śladów po usterce. Nas już nie ma. Teraz jestem tylko ja i ona.
No i przy czytaniu polecam posłuchać tą piosenkę... Myślę, że pasuje.
Sebastian:
No i zostaliśmy sami. Unikałem wzroku Marii jak mogłem, ale jej oczy wypalały we mnie dziurę. Wiedziałem, że czeka, aż coś powiem, ale jednocześnie nie wiedziałem, co niby miałbym jej powiedzieć. Że wybaczam? Że nic się nie stało? Ale stało się. I ona o tym doskonale wiedziała.
W końcu podniosłem na nią swoje oczy. Chciałem, żeby zobaczyła w nich, jakie spustoszenie zrobiła w moim sercu. Bo to serce nie biło już dla niej.
- Sebastian.. - odezwała się, jako pierwsza po tej długiej ciszy, która doskwierała nam obojgu.
- Poczekaj! - przerwałem jej gwałtownie. - Posłuchaj uważnie, bo nie będę tego powtarzał. - Maria usiadła na kanapie naprzeciwko mnie i spuściła wzrok na swoje dłonie nerwowo skubiące rąbek koszuli.
- Wyjechałaś sobie tak po prostu nie licząc się z naszymi uczuciami, a teraz tak po prostu sobie wracasz i myślisz, że co? Że rzucimy Ci się w ramiona i powiemy, że nic się nie stało? No kurwa nie! Bo zraniłaś nas! Zniszczyłaś mnie doszczętnie! I gdy już jakoś się pozbierałem i zacząłem żyć normalnie zapominając, jak zdeptałaś moje serce, Ty się pojawiasz i znowu wywracasz wszystko do góry nogami! Ale wiesz co? Nie masz do czego! Bo ja nie chcę Cię znać! Dla mnie już nie istniejesz! Zniszczyłaś to, co było między nami i tego nie da się naprawić... A przynajmniej ja nie chcę... - zakończyłem swój monolog i wziąłem głęboki wdech, bo wcześniejsze słowa wyrzucałem z siebie w tempie karabinu maszynowego. Kurwa, miałem w sobie tyle emocji, że nawet nie poczułem, jak na moim policzkach pojawiły się pojedyncze, gorące łzy. Poczułem się jak frajer, że tak się przy niej rozkleiłem pokazując prawdziwe emocje i szybkim ruchem starłem słone krople z twarzy. Za to Maria cała, aż się zanosiła od płaczu, a co jakiś czas spazmatyczny szloch wstrząsał jej ciałem. Ale nie było mi jej żal. Przez nią nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie się w kimś zakochać i mu zaufać.
- Ja.. p-przepraszam... J-ja... myślałam... A zresztą... nie-ważne... Ale... ch-chcę... żebyś wiedział... że... Cię k-kocham.. - powiedziała z trudem, bo płacz uniemożliwiał jej normalne wypowiadanie słów, a ja zacisnąłem mocno powieki, po czym jedna łza wypłynęła z mojego oka.
- Ale ja Ciebie nie... I proszę, wyjdź. - ostatnie zdanie wyszeptałem i czekałem, aż spełni moją prośbę, nadal nie otwierając oczu.Usłyszałem tylko, jak pociąga nosem, a po chwili w salonie rozległ się dźwięk zamykanych drzwi.
Po jej wyjściu nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Byłem tak naładowany różnymi emocjami, że chwyciłem pierwszy lepszy przedmiot, który miałem pod ręką i cisnąłem nim w ścianę. Jak się okazało, była to butelka Danielsa, a brązowy płyn ściekał teraz cienką linią, po śnieżnobiałej ścianie. Wpatrywałem się, jak pojedyncze krople kapią na rozbite pod ścianą szkło. Po chwili usłyszałem również kroki na schodach i po kilku sekundach w wejściu do salonu stanęła Ivy. Najpierw jej wzrok skierował się na ścianę i to, co się z nią stało, a następnie na mnie. Nie wiedząc, co mam zrobić, żałośnie się do niej uśmiechnąłem, na co brunetka podeszła do mnie bez słowa i mocno przytuliła. Odwzajemniłem uścisk wtulając się w nią, jak w maskotkę.
- Widziałam przez okno, jak Maria wychodziła. Pokłóciliście się? - zapytała odsuwając się lekko ode mnie.
- Nie do końca. Po prostu powiedziałem jej prawdę. Ivy... ja już nie umiem, nie potrafię... Ona za bardzo mnie zraniła.. - mówiłem bez ładu i składu wpatrując się w jej twarz.
- Sebastian, spokojnie, rozumiem - chwyciła moją twarz w swoje drobne dłonie - Nikt nie wymaga od Ciebie, żebyś jej wybaczył... Bo to w tej sytuacji raczej niemożliwe...
Wyrwałem się z jej dotyku i odwróciłem plecami wypuszczając głośno powietrze z ust.
- Chcesz o tym pogadać? - po chwili usłyszałem jej cichy głos. Wyczułem w nim autentyczną troskę, co wywołało delikatne uniesienie moich kącików ust.
- Nie, ale dzięki, że się martwisz. - odpowiedziałem odwracając się w jej stronę i posyłając niemrawy uśmiech.
- Przepraszam, ale chyba... chcę teraz zostać sam. - w odpowiedzi otrzymałem tylko skinienie głową i bez słowa udałem się do swojego pokoju.
Tam włączyłem sobie winyl Aerosmith i walnąłem się na łóżko. Jak to bywa w takich sytuacjach zacząłem rozmyślać. Przed oczami przeleciały mi nasze wszystkie wspólne chwile. Od tego, jak się poznaliśmy, po dzisiejszy dzień. Wszystkie wzloty i upadki. Radości i smutki. Wbrew pozorom dużo razem przeszliśmy. Maria była ze mną wtedy, kiedy graliśmy jeszcze w garażu i nikt nas nie znał, oraz wtedy, kiedy zaczęliśmy zyskiwać rozgłos i sławę. Na wspomnienie tych chwil, aż się uśmiechnąłem. Naprawdę mieliśmy razem cudowne wspomnienia. Niestety, jej wyjazd wszystko zepsuł. I nie da już się naprawić tego, co się zjebało. Bo to zaszło za daleko. Nie czuję już w jej obecności tego, co czułem kiedyś. Nawet nie wiem, czy to tylko i jedynie złość i żal. Wydaję mi się, że przyczyna leży też w tym, iż nasza miłość po prostu nie przetrwała tej próby. Widocznie nie była na tyle silna. My nie byliśmy na tyle silni. A jak wiadomo, nie da się posklejać lustra tak, żeby nie było żadnych śladów po usterce. Nas już nie ma. Teraz jestem tylko ja i ona.
środa, 27 lutego 2013
Psycho Love - Rozdział 14
Nie wierzę, że coś tu napisałam! A jednak! :D Od razu mówię, że nie wiem z jaką częstotliwością będą pojawiały się tu rozdziały, ale w miarę możliwości postaram się coś pisać :)
Nie wiedziałam, co mam zrobić. Wpatrywałam się w blondynkę i ledwo pamiętałam o oddychaniu. Zastanawiałam się, czy powinnam rzucić jej się na szyję pokazując jak bardzo za nią tęskniłam, czy może zatrzasnąć jej drzwi przed nosem mówiąc, że nie chcę jej znać, za to co nam zrobiła. Koniec końców nie wybrałam żadnej opcji i stałam nieruchomo patrząc na nią pustym wzrokiem. Chyba trochę ją to zabolało, nie spodziewała się takiej reakcji. Przynajmniej to wyczytałam z jej zaskoczonej miny.
- Witaj Ivy... - odezwała się w końcu Maria ledwo słyszalnie, uśmiechając niepewnie.
- Co tu robisz? - tylko na tyle było mnie stać. Sama nie wiedziałam, czy cieszyć się z tego, że moja najlepsza przyjaciółka, którą traktowałam jak siostrę wróciła.
- Wróciłam... Nie mogłam tam już wytrzymać... Tak bardzo tęskniłam... - patrzyłam tak na nią i miałam wrażenie, że za chwilę się rozpłacze. W sumie, sama byłam temu bliska.
- Na długo? - kolejne pytanie zadane tonem wypranym z uczuć. Ale tym razem chyba mi tak dobrze nie wyszło, bo można było wyczuć nadzieję w moim głosie. Nadzieję, że przyjechała na zawsze, że już nas nie zostawi, że już zawsze będzie dla mnie jak siostra, że już zawsze będę ją mieć blisko.
- Na stałe... Rzuciłam tą robotę w cholerę, zrozumiałam że nie mogę bez Was żyć... bez Sebastiana... - ucięła i spojrzała na mnie lekko zaskoczona - Nie wpuścisz mnie? - znowu zamilkłam i kilka sekund patrzyłam na nią pusto bijąc się z myślami. Nawet do końca nie byłam pewna, dlaczego się zastanawiam. W końcu wróciła i to na stałe, to tego przecież chciałam przez cały czas, kiedy jej nie było. Ale z drugiej strony w moim sercu była naprawdę wielka rana zadana właśnie przez tą drobną blondynkę, którą trudno będzie wyleczyć tak z dnia na dzień. W końcu jednak się zreflektowałam. Chłopaki mają prawo wiedzieć, że wróciła. Szczególnie Sebastian.
- Przepraszam, wejdź - powiedziałam i odsunęłam się nieco, aby Maria mogła swobodnie wejść do domu. Zastanawiałam się, jak chłopaki zareagują na jej powrót. Ucieszą się i zaczną zachowywać, jakby nigdy nic się nie stało, czy może potraktują ją chłodno i ostro? Nie zastanawiając się więcej po prostu powiedziałam Marii, że reszta jest w salonie i od razu się tam udałam, a blondynka wolno poszła za mną.
- No i kto to był? - zapytał Baz jak tylko weszłam do pokoju.
- Sam zobacz - westchnęłam i odsunęłam się, a za moich pleców wyłoniła się drobna postać dziewczyny. Miny chłopaków zmieniły się diametralnie. Otworzyli szeroko usta i łapczywie łapali powietrze zapewne totalnie nie ogarniając co się dzieję i sądząc, że mają jakieś zwidy i przed nimi stoi duch Marii. Spojrzałam na Sebastiana. Wpatrywał się w blondynkę otępiałym wzrokiem. Trudno wyczytać było z jego miny, czy cieszy się czy nie, jedynie jego oczy zdradzały ogromne zaskoczenie i niedowierzanie.
- Maria... - powiedział Bach bardziej do siebie niż do nas, jakby próbował przekonać sam siebie, że nie ma omamów, i naprawdę w wejściu do salonu stoi jego... dziewczyna? a może była dziewczyna?
- Cześć Sebastian.. - w końcu odezwała się blondynka, a po chwili załamał jej się głos i po policzku spłynęła pierwsza łza.
Nikt więcej się już nie odezwał. Najzwyczajniej w świecie nie wiedzieliśmy co zrobić. Każdy z nas bił się z myślami. Wiadomo, że cieszyliśmy się, że wróciła, to oczywiste, ale jednocześnie każdy na swój sposób został przez nią zraniony i wszyscy doskonale pamiętamy co po jej wyjeździe działo się z Bachem. Jedno jest pewne: nie będzie łatwo.
Poczułam, że z nadmiaru emocji robi mi się słabo, więc szybko usiadłam obok Rachela na kanapie i od razu zostałam mocno przez niego przytulona. Maria spojrzała na nas lekko zdziwionym wzrokiem, a później delikatnie się uśmiechnęła pod nosem.
- Chyba nie powinnam tu przychodzić... macie swoje życie, które ułożyliście sobie beze mnie, więc nie zdziwię się, jeśli nie będziecie chcieli mnie znać, po tym co zrobiłam... - wyszeptała blondynka i ocierając łzy skierowała się w stronę wyjścia.
- Zaczekaj! - jako jedyny zareagował Snake i z powrotem przywołał Marię każąc jej usiąść. Blondynka wykonała polecenie i wbiła wzrok w podłogę.
- Zrozum, że nie jest nam łatwo... Wszyscy przeżyliśmy Twój nagły wyjazd i jesteśmy kurewsko zaskoczeni Twoim równie nagłym powrotem...
-... Tym bardziej, że w ogóle się nie odzywałaś i nie dawałaś żadnego znaku życia... tak jakbyś o nas zupełnie zapomniała... - przerwałam wypowiedź Snake'owi nie mogąc powstrzymać się od jadowitego tonu.
- Wiem, wiem... Macie prawo być na mnie wściekli i mnie nienawidzić, ale chcę Wam wszystko wytłumaczyć... - spojrzała na nas błagalnie, a ja znowu zerknęłam na Baza sprawdzając jak się trzyma. Na moje oko w ogóle sobie nie radzi. Westchnął i odchylił głowę do tyłu opierając ją na oparciu kanapy i wypuścił głośno powietrze z ust przymykając oczy. Powróciłam spojrzeniem do Marii i czekałam, aż zacznie mówić.
- Nie dzwoniłam, bo naprawdę nie miałam czasu, cały czas chodziłam na jakieś spotkania, sesje, znowu spotkania i tak w kółko... A z drugiej strony robiłam to celowo... Nie chciałam z Wami rozmawiać, żeby nie rozkleić się do słuchawki i później wyć do poduszki... Wolałam nie mieć z Wami kontaktu, żeby aż tak nie tęsknić... Głupia myślałam, że to coś da... Tak naprawdę z każdym dniem brakowało mi Was coraz bardziej, aż w końcu wczoraj spakowałam walizki i przyleciałam pierwszym samolotem... Szefowi powiedziałam, że znowu chce pracować w oddziale w LA... Zgodził się, co prawda niechętnie, ale zgodził, no a ja przyszłam tutaj... Oczywiście nie spodziewałam się wielkiej imprezy powitalnej czy czego tam jeszcze... Ale chociaż spróbujcie mnie zrozumieć... Wam było ciężko, ale mi wcale nie było łatwiej... - przerwała biorąc głęboki oddech.
Siedzieliśmy i patrzyliśmy po sobie nawzajem. Widziałam, że chłopaki coraz bardziej odpuszczają. Szybko im to poszło, nie ma co. Jedynie Sebastian siedział cały czas w tej samej pozycji.
- Mała cieszymy się, że wróciłaś, ale daj nam trochę czasu... Musimy się oswoić z całą sytuacją... - pierwszy odezwał się niepewnie Scotti, a reszta przytaknęła mu ruchem głowy. Maria skierowała swój wzrok na mnie oczekując czegokolwiek. Miałam do niej wielki żal, ale tak dawno jej nie widziałam.
- Chodź tu - wyswobodziłam się z ramion Rachela i podeszłam do blondynki ściskając ją mocno. Jak dobrze było znowu móc się do niej przytulić. Czułam, że trochę się uspokoiła.
- Ale nie myśl sobie, że już Ci wybaczyłam... Mamy jeszcze do pogadania. Ale teraz... cieszę się, że jesteś. - znowu objęłam ją szczelnie ramionami.
- Ja też Ivy, ja też - objęła mnie mocniej wtulając twarz w moje włosy. Kiedy już się od siebie oderwałyśmy zaczęli do niej po kolei podchodzić członkowie zespołu. Wiadomo, że nie wybaczyliśmy jej całkowicie. Ale w końcu wróciła. Widać było, że Marii spadł kamień z serca i wzruszyła się naszym zachowaniem. Jedyną osobą, która do niej nie podeszła był Sebastian.
- To Wy sobie pogadajcie... Musicie wyjaśnić sobie kilka spraw. - powiedziałam patrząc wymownie na zainteresowanych i rozeszliśmy się do swoich pokoi zostawiając parę samą.
Nie wiedziałam, co mam zrobić. Wpatrywałam się w blondynkę i ledwo pamiętałam o oddychaniu. Zastanawiałam się, czy powinnam rzucić jej się na szyję pokazując jak bardzo za nią tęskniłam, czy może zatrzasnąć jej drzwi przed nosem mówiąc, że nie chcę jej znać, za to co nam zrobiła. Koniec końców nie wybrałam żadnej opcji i stałam nieruchomo patrząc na nią pustym wzrokiem. Chyba trochę ją to zabolało, nie spodziewała się takiej reakcji. Przynajmniej to wyczytałam z jej zaskoczonej miny.
- Witaj Ivy... - odezwała się w końcu Maria ledwo słyszalnie, uśmiechając niepewnie.
- Co tu robisz? - tylko na tyle było mnie stać. Sama nie wiedziałam, czy cieszyć się z tego, że moja najlepsza przyjaciółka, którą traktowałam jak siostrę wróciła.
- Wróciłam... Nie mogłam tam już wytrzymać... Tak bardzo tęskniłam... - patrzyłam tak na nią i miałam wrażenie, że za chwilę się rozpłacze. W sumie, sama byłam temu bliska.
- Na długo? - kolejne pytanie zadane tonem wypranym z uczuć. Ale tym razem chyba mi tak dobrze nie wyszło, bo można było wyczuć nadzieję w moim głosie. Nadzieję, że przyjechała na zawsze, że już nas nie zostawi, że już zawsze będzie dla mnie jak siostra, że już zawsze będę ją mieć blisko.
- Na stałe... Rzuciłam tą robotę w cholerę, zrozumiałam że nie mogę bez Was żyć... bez Sebastiana... - ucięła i spojrzała na mnie lekko zaskoczona - Nie wpuścisz mnie? - znowu zamilkłam i kilka sekund patrzyłam na nią pusto bijąc się z myślami. Nawet do końca nie byłam pewna, dlaczego się zastanawiam. W końcu wróciła i to na stałe, to tego przecież chciałam przez cały czas, kiedy jej nie było. Ale z drugiej strony w moim sercu była naprawdę wielka rana zadana właśnie przez tą drobną blondynkę, którą trudno będzie wyleczyć tak z dnia na dzień. W końcu jednak się zreflektowałam. Chłopaki mają prawo wiedzieć, że wróciła. Szczególnie Sebastian.
- Przepraszam, wejdź - powiedziałam i odsunęłam się nieco, aby Maria mogła swobodnie wejść do domu. Zastanawiałam się, jak chłopaki zareagują na jej powrót. Ucieszą się i zaczną zachowywać, jakby nigdy nic się nie stało, czy może potraktują ją chłodno i ostro? Nie zastanawiając się więcej po prostu powiedziałam Marii, że reszta jest w salonie i od razu się tam udałam, a blondynka wolno poszła za mną.
- No i kto to był? - zapytał Baz jak tylko weszłam do pokoju.
- Sam zobacz - westchnęłam i odsunęłam się, a za moich pleców wyłoniła się drobna postać dziewczyny. Miny chłopaków zmieniły się diametralnie. Otworzyli szeroko usta i łapczywie łapali powietrze zapewne totalnie nie ogarniając co się dzieję i sądząc, że mają jakieś zwidy i przed nimi stoi duch Marii. Spojrzałam na Sebastiana. Wpatrywał się w blondynkę otępiałym wzrokiem. Trudno wyczytać było z jego miny, czy cieszy się czy nie, jedynie jego oczy zdradzały ogromne zaskoczenie i niedowierzanie.
- Maria... - powiedział Bach bardziej do siebie niż do nas, jakby próbował przekonać sam siebie, że nie ma omamów, i naprawdę w wejściu do salonu stoi jego... dziewczyna? a może była dziewczyna?
- Cześć Sebastian.. - w końcu odezwała się blondynka, a po chwili załamał jej się głos i po policzku spłynęła pierwsza łza.
Nikt więcej się już nie odezwał. Najzwyczajniej w świecie nie wiedzieliśmy co zrobić. Każdy z nas bił się z myślami. Wiadomo, że cieszyliśmy się, że wróciła, to oczywiste, ale jednocześnie każdy na swój sposób został przez nią zraniony i wszyscy doskonale pamiętamy co po jej wyjeździe działo się z Bachem. Jedno jest pewne: nie będzie łatwo.
Poczułam, że z nadmiaru emocji robi mi się słabo, więc szybko usiadłam obok Rachela na kanapie i od razu zostałam mocno przez niego przytulona. Maria spojrzała na nas lekko zdziwionym wzrokiem, a później delikatnie się uśmiechnęła pod nosem.
- Chyba nie powinnam tu przychodzić... macie swoje życie, które ułożyliście sobie beze mnie, więc nie zdziwię się, jeśli nie będziecie chcieli mnie znać, po tym co zrobiłam... - wyszeptała blondynka i ocierając łzy skierowała się w stronę wyjścia.
- Zaczekaj! - jako jedyny zareagował Snake i z powrotem przywołał Marię każąc jej usiąść. Blondynka wykonała polecenie i wbiła wzrok w podłogę.
- Zrozum, że nie jest nam łatwo... Wszyscy przeżyliśmy Twój nagły wyjazd i jesteśmy kurewsko zaskoczeni Twoim równie nagłym powrotem...
-... Tym bardziej, że w ogóle się nie odzywałaś i nie dawałaś żadnego znaku życia... tak jakbyś o nas zupełnie zapomniała... - przerwałam wypowiedź Snake'owi nie mogąc powstrzymać się od jadowitego tonu.
- Wiem, wiem... Macie prawo być na mnie wściekli i mnie nienawidzić, ale chcę Wam wszystko wytłumaczyć... - spojrzała na nas błagalnie, a ja znowu zerknęłam na Baza sprawdzając jak się trzyma. Na moje oko w ogóle sobie nie radzi. Westchnął i odchylił głowę do tyłu opierając ją na oparciu kanapy i wypuścił głośno powietrze z ust przymykając oczy. Powróciłam spojrzeniem do Marii i czekałam, aż zacznie mówić.
- Nie dzwoniłam, bo naprawdę nie miałam czasu, cały czas chodziłam na jakieś spotkania, sesje, znowu spotkania i tak w kółko... A z drugiej strony robiłam to celowo... Nie chciałam z Wami rozmawiać, żeby nie rozkleić się do słuchawki i później wyć do poduszki... Wolałam nie mieć z Wami kontaktu, żeby aż tak nie tęsknić... Głupia myślałam, że to coś da... Tak naprawdę z każdym dniem brakowało mi Was coraz bardziej, aż w końcu wczoraj spakowałam walizki i przyleciałam pierwszym samolotem... Szefowi powiedziałam, że znowu chce pracować w oddziale w LA... Zgodził się, co prawda niechętnie, ale zgodził, no a ja przyszłam tutaj... Oczywiście nie spodziewałam się wielkiej imprezy powitalnej czy czego tam jeszcze... Ale chociaż spróbujcie mnie zrozumieć... Wam było ciężko, ale mi wcale nie było łatwiej... - przerwała biorąc głęboki oddech.
Siedzieliśmy i patrzyliśmy po sobie nawzajem. Widziałam, że chłopaki coraz bardziej odpuszczają. Szybko im to poszło, nie ma co. Jedynie Sebastian siedział cały czas w tej samej pozycji.
- Mała cieszymy się, że wróciłaś, ale daj nam trochę czasu... Musimy się oswoić z całą sytuacją... - pierwszy odezwał się niepewnie Scotti, a reszta przytaknęła mu ruchem głowy. Maria skierowała swój wzrok na mnie oczekując czegokolwiek. Miałam do niej wielki żal, ale tak dawno jej nie widziałam.
- Chodź tu - wyswobodziłam się z ramion Rachela i podeszłam do blondynki ściskając ją mocno. Jak dobrze było znowu móc się do niej przytulić. Czułam, że trochę się uspokoiła.
- Ale nie myśl sobie, że już Ci wybaczyłam... Mamy jeszcze do pogadania. Ale teraz... cieszę się, że jesteś. - znowu objęłam ją szczelnie ramionami.
- Ja też Ivy, ja też - objęła mnie mocniej wtulając twarz w moje włosy. Kiedy już się od siebie oderwałyśmy zaczęli do niej po kolei podchodzić członkowie zespołu. Wiadomo, że nie wybaczyliśmy jej całkowicie. Ale w końcu wróciła. Widać było, że Marii spadł kamień z serca i wzruszyła się naszym zachowaniem. Jedyną osobą, która do niej nie podeszła był Sebastian.
- To Wy sobie pogadajcie... Musicie wyjaśnić sobie kilka spraw. - powiedziałam patrząc wymownie na zainteresowanych i rozeszliśmy się do swoich pokoi zostawiając parę samą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
