Obudziłam się, gwałtownie otwierając oczy. Tej nocy to już któryś raz z kolei. I nie wiem, czy to dlatego, że było mi strasznie gorąco, czy może jednak przez to, że nie mogłam wyrzucić z głowy tego, co zaszło między mną a Sebastianem. Wspomnienie tych chwil podczas nocy wracało do mnie ze zdwojoną siłą. Ciężko mi było samej sobie odpowiedzieć na pytanie "czy żałuję"... Bo na dobrą sprawę nie żałowałam... Żałowałam chyba jedynie, że tak późno to się stało... Nie chodzi o to, że od początku jestem zakochana w blondynie, tylko od dawna coś między nami było... Pewnego rodzaju chemia? To chyba dobre określenie.
Obróciłam się w drugą stronę i zobaczyłam, iż jestem sama. Wytężyłam wzrok rozglądając się naokoło i próbując zobaczyć coś przez materiał namiotu, jednak nie było to zbyt łatwe biorąc pod uwagę ciemności panujące na zewnątrz. Widocznie to właśnie wyjście Rachela mnie zbudziło. No właśnie... Rachel. Nie jestem pewna, czy basista czegoś się domyśla, ale z pewnością męczy go sytuacja, w której ja skrzętnie unikam jakiejkolwiek rozmowy. To takie odkładanie tematu "na później" i tak nic mi nie daje, a sprawia, że wszyscy się męczymy i wiem to doskonale, ale jestem tchórzliwą suką, która najpierw zdradza swojego faceta z jego najlepszym przyjacielem, a później nie ma mu nawet odwagi tego powiedzieć. Westchnęłam myśląc o tym, jaka to jestem żałosna i mój wzrok skierował się na paczkę papierosów leżącą obok moich glanów. Tak, potrzebowałam teraz dymu w płucach. Wygrzebałam się ze śpiwora i założyłam buty na nogi nie bawiąc się nawet w ich wiązanie, a następnie chwyciłam fajki i chwilę później byłam już na powietrzu. Otuliłam się własnymi ramionami, bo od wody wiał mało przyjemny wiatr. Mogłam zarzucić na siebie chociaż jakiś sweter, ale nie chciało mi się wracać do namiotu. Wyjęłam papierosa z paczki i gdy wkładałam go do ust, kątem oka zauważyłam jakieś małe światełko w oddali. Spojrzałam w tamtą stronę i okazało się, że kilka kroków ode mnie, w miejscu gdzie od dwóch dni rozpalaliśmy ogniska, siedzi Bolan i nerwowo pali papierosa. Odwróciłam wzrok i odpaliłam szluga głośnym kliknięciem zapalniczki, co zwróciło uwagę basisty, bo momentalnie na mnie spojrzał. Skoro już mnie zauważył, to podejdę, pomyślałam i wolnym krokiem zaczęłam iść w jego stronę.
- Nie możesz spać? - zapytałam siadając obok niego na kawałku drewna.
- Taa. - mruknął wypuszczając dym z płuc. - Przepraszam, jeśli cię obudziłem.
- Właściwie to sama nie wiem, co mnie obudziło. - zaśmiałam się delikatnie i zaciągając dymem oparłam głowę o jego ramię. Jakoś tak potrzebowałam teraz poczuć ciepło jego ciała. Jestem popierdolona... Ale Rachel odruchowo cofnął rękę, abym mogła bardziej się wtulić i położył dłoń na moim pasie przyciągając bliżej siebie. Siedzieliśmy tak w ciszy nie wiem jak długo, każdy pogrążony w swoich myślach, skupiony na paleniu papierosów, które odpalaliśmy raz za razem. W ramionach bruneta czułam się tak bezpiecznie, jego zapach działał na mnie kojąco, wiedziałam, że po prostu jestem... kochana. A ja głupia przespałam się z Sebastianem. Przy którym też czułam się niezwykle... Ale to nie było to samo. Szkoda, że zrozumiałam to po fakcie... Jestem beznadziejna... I wiem, że to co się stało to też moja wina i teraz nie powinnam płakać jaka to jestem żałosna, bo irytują mnie tego typu ludzie, tyle że nie bardzo wiedziałam, co innego mogłabym zrobić w tej sytuacji.
Rachel:
Coś było nie tak. Odkąd tu przyjechaliśmy czuję, że coś się zmieniło. Nie wiem dokładnie o co chodzi, ale wiem, że ma to związek z Ivy i Sebastianem. Coś zaszło między nimi pierwszej nocy tutaj, bo od tamtej pory obydwoje unikają się jak mogą. Pomyślałbym, że po prostu się pokłócili, ale w tym samym momencie Ivy zaczęła też oddalać się ode mnie, a to już mnie bardzo dziwi. Bo jeżeli chodziłoby o kłótnię to raczej nie odbiłoby to się na naszym związku. A może... Nie! To niemożliwe! Nie zrobiłaby mi tego! Baz też nie byłby taką świnią! Nie ma mowy...
Ale sam w sobie zasiałem ziarno niepewności. I zacząłem przypominać sobie wszystkie sytuacje tutaj, kiedy chciałem się z nią kochać, a ona zawsze miała jakąś wymówkę. Kiedy się całowaliśmy przerywała, gdy tylko robiło się namiętniej. Jedynie teraz sama z siebie przyszła się przytulić. Ale to nie miało już żadnego znaczenia, może chciała zagłuszyć wyrzuty sumienia... Albo co gorsza odciągnąć moje myśli od zastanawiania się, dlaczego moja dziewczyna mnie unika. Że też nie domyśliłem się wcześniej. Ja pierdolę. Jestem frajerem.
Ivy:
Zaczęłam już powoli przysypiać, gdy nagle Rachel wstał z takim impetem, że prawie spadłam z miejsca, na którym siedziałam. Zmarszczyłam brwi dziwiąc się jego zachowaniu. W końcu przez ostatnie 10 minut nic nie mogło go tak zdenerwować.
- Co Ty odwalasz? - krzyknęłam do oddalającego się basisty.
- Spierdalam stąd! - odkrzyknął w odpowiedzi i kopnął jakiś kamień, który leżał mu na drodze.
- Rachel! - wrzasnęłam idąc za nim, ale on ani myślał się zatrzymywać. Wyglądał jakby moje słowa w ogóle do niego nie docierały. Skupiony był jedynie na tym, żeby jak najszybciej dostać się do naszego namiotu.
- Ja pierdolę, co tak drzecie te mordy... - obok mnie wyłonił się zaspany Snake, którego najwidoczniej obudziliśmy, bo własnie przecierał oczy, aby bardziej się rozbudzić. A zaraz po Sabo zaczęli wychodzić inni członkowie zespołu. I tak już po chwili wszyscy staliśmy w półokręgu i patrzyliśmy, jak Bolan nagle zawraca i z mordem w oczach kieruje się w naszą stronę. Wiedziałam co to oznacza... Spojrzałam z przestrachem na Sebastiana, który wyglądał jakby również się domyślał. Miałam jednak nadzieję, że się mylimy i Rachel jest wkurwiony z innego powodu. Ale innego powodu nie miał. Kur...
Nawet nie zdążyłam przekląć sobie w myślach, bo zanim ktokolwiek zdołał zareagować, Bach leżał na ziemi trzymając się za twarz. Chłopaki od razu rzucili się, żeby odciągnąć basistę, a ja podeszłam do niego chwytając za ramię. To może nie był najlepszy pomysł, ale musiałam coś zrobić w tej sytuacji.
- Nie dotykaj mnie! - warknął i wyszarpnął się z mojego uścisku patrząc mi w oczy. - Myślałaś, że się nie domyślę, że się pierdoliliście? Nie jestem aż taki głupi! - czułam na sobie ten zdezorientowany wzrok chłopaków, gdy już pomogli się podnieść Bachowi, ale nie byłam w stanie na nich spojrzeć. Chociaż może powinnam, bo lód i pogarda, które dostrzegłam w oczach Rachela łamały mi serce.
- Jesteś zwykłą zakłamaną dziwką! - wysyczał te słowa prosto w moją twarz, a następnie splunął mi pod nogi. - Może nie tylko z nim mnie zdradziłaś, co? Może przeleciało cię całe Skid Row i jeszcze inne okoliczne zespoły? Mieli za darmo, czy tylko ja robiłem za takiego fra... - przerwał mu mocny policzek wymierzony z mojej strony. Tego już było dla mnie za wiele. Miał prawo być zły, ale ostro przesadził. Nie byłam z siebie dumna, ale kurwa nie przespałam się ze wszystkimi!
Basista jedynie prychnął i chwycił się za piekące miejsce, na którym pozostał lekko czerwony ślad po mojej dłoni.
- Masz rację... Zdradziłam cię z Sebastianem, ale nie jestem pierdoloną dziwką! - reszta teraz wpatrywała się w wokalistę myśląc zapewne, że to on zaciągnął mnie do łóżka z tęsknoty za Marią.
- To właśnie sprawia, że jesteś. - powiedział to z taką pewnością i odrazą w głosie, że zamilkłam z braku argumentów. - A ty - wycelował palec w blondyna - nie jesteś już w zespole i nigdy więcej nie chcę cię już widzieć! Wypierdalaj stąd! A najlepiej wypierdalajcie razem! - po tych słowach zaczął ciężko dyszeć i już chciał się odwrócić na pięcie i odejść, gdy doskoczył do niego Sebastian... i walnął w twarz! Co oczywiście spowodowało wywiązanie się bójki.
A ja stałam jak idiotka, patrzyłam jak basista z wokalistą okładają się nawzajem pięściami, podczas gdy reszta próbuje ich od siebie odciągnąć, i zastanawiałam się, jak mogłam doprowadzić do takiej sytuacji. Jak mogłam być, aż tak bezmyślna uprawiając seks z Sebastianem. Jak mogłam doprowadzić do tego, żeby nagłe i chwilowe pożądanie tak objęło nade mną kontrolę. Jakim człowiekiem trzeba być, aby tak zranić ukochaną osobę. Przecież to było więcej niż pewne, że prędzej czy później wszystko się wyda. Rachel ma rację, nie jest głupi, a ja jestem zakłamaną dziwką. I, gdyby jeszcze tego było mało, właśnie rozwaliłam zespół.
No to kolejny rozdział już za nami. Wyszedł mi jakiś taki krótki, nie wiem dlaczego...
Wiecie... nie spodziewałam się, że dostanę mnóstwo komentarzy, bo zapewne mała część czytelników mnie jeszcze pamięta, ale gdy widzę, że 40 osób przeczytało poprzedni rozdział, a 3 osoby skomentowały to zastanawiam się, o co chodzi. No, ale nie będę marudzić i dziękuję tym, którzy jednak postanowili wyrazić swą opinię :)
Co do następnego rozdziału... Chciałabym, aby pojawił się za tydzień, ale w sumie ciężko powiedzieć, jak mi pójdzie pisanie, więc nic nie obiecuję :)
piątek, 12 grudnia 2014
czwartek, 4 grudnia 2014
Psycho Love - Rozdział 18
No to tak jakby... witajcie :) Trudno mi powiedzieć, czy jest to wielki come back, ale z pewnością powrót na kilka rozdziałów (czyli gdzieś tak do końca tego opowiadania). Wiem, że napisałam, że już nigdy nic się tu nie pojawi, ale jakoś strasznie mi to opowiadanie siedziało na wątrobie i czułam, że po prostu muszę je skończyć! Może to dlatego, że moje wymarzone studia (na które udało mi się dostać), jednak nie okazały się takie wymarzone i nie mam możliwości, żeby wyżyć się na nich pisarsko. I tak na koniec jeszcze tylko dwie małe prośby:
1. Podejrzewam, że zbyt dużo osób tego nie przeczyta, bo zauważyłam, że większość blogerek opuściło swoje blogi, ale jeżeli znajdzie się chociaż jedna taka osoba to proszę o opinię :)
2. Zachęcam do spojrzenia w lewo, tam gdzie znajdują się polecane przeze mnie blogi, ponieważ pewne wspaniałe pisarki postanowiły również wrócić, więc serdecznie zapraszam Was na ich blogi :)
To tyle tytułem dosyć długiego wstępu :)
Siedziałam na jakiejś prowizorycznej ławce zrobionej z pnia powalonego drzewa z butelką piwa w jednej ręce, i patykiem z nabitą na niego pianką w drugiej. A raczej kleistą cieczą, która teraz kropla po kropli skapywała wprost do buchających płomieni. Zamyśliłam się trochę i nie zauważyłam, że miękki przysmak już dawno się stopił. Otrząsnęłam się lekko słysząc jak któryś z chłopaków rozbija pustą już butelkę o jakąś skałkę. Ale nawet nie spojrzałam w tamtą stronę tylko zerknęłam delikatnie w stronę Sebastiana, lecz on skutecznie unikał mojego wzroku. Próbowałam wywołać w nim jakąś reakcję wpatrując się w niego uporczywie, ale jedyne co osiągnęłam to gwałtowne wstanie chłopaka i odejście od nas nie wiadomo gdzie. Westchnęłam jedynie i wrzuciłam patyk do ogniska, po czym wypiłam duszkiem połowę piwa, którą miałam w trzymanej butelce. Nie bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Chłopaki świetnie się bawili żartując, grając na gitarach i śpiewając piosenki ABBY. Tak, nie byli trzeźwi.
Gdy tak siedziałam tępo wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedział blondyn, poczułam silną dłoń chwytająca mnie za podbródek i zanim się zorientowałam zostałam namiętnie pocałowana przez Rachela. Oddałam czułość, ale jednocześnie zakończyłam pieszczotę tak szybko, jak tylko to było możliwe. I bynajmniej nie zrobiłam tego przez odurzającą woń alkoholu, która mogłam wyczuć z odległości kilku dobrych metrów. Bolan spojrzał na mnie z niemym pytaniem w oczach. W sumie nie dziwiłam mu się. Normalnie rzucałam się na niego sama inicjując czułości, a tu nagle zaczynam go od siebie odpychać. Ale w tamtym momencie nie mogłam postąpić inaczej...
- Wszystko ok? - zapytał brunet starając się spojrzeć mi w oczy, ale unikałam jego wzroku udając, że widoki przed nami są bardziej interesujące.
- Mhm. - mruknęłam jedynie, zaszczycając go jednak spojrzeniem. - Chyba pójdę się przejść. - powiedziałam i momentalnie wstałam z miejsca nie oglądając się za siebie. Ale i tak wiedziałam, że basista poszedł za mną, bo słyszałam jego kroki.
Szliśmy tak przez jakiś czas, ja kilka kroków przed nim, gdy poczułam szarpnięcie za nadgarstek.
- Ivy poczekaj! - warknął i siłą odwrócił mnie w swoją stronę. Swoja drogą chyba już lekko wytrzeźwiał, bo oczy przestały mu tak błyszczeć jak wcześniej i w ogóle wydawał się bardziej ogarniać otaczający go świat. - Od wczoraj nie dajesz mi się prawie w ogóle dotknąć, nie mówiąc o tym, że prawie się nie odzywasz... na te słowa spuściłam wzrok. - Więc? Dowiem się w końcu o co chodzi?... I dlaczego Sebastian też mnie unika? - mówiąc to podszedł bliżej i wpatrywał się głęboko w moje oczy, zapominając o mruganiu, jakby to z nich chciał dowiedzieć się jak jest naprawdę i znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. A ja stałam teraz jak słup soli i tępo wpatrywałam się w jego czekoladowe tęczówki, widząc, że chociaż zamroczony alkoholem, zaczyna domyślać się prawdy. Usilnie starałam się zmusić mój mózg do jak najszybciej reakcji, bo wiedziałam, że coraz dłuższa cisza działa zdecydowanie na moją niekorzyść... Ale co mu niby miałam powiedzieć?
- O nic nie chodzi. - wydusiłam z siebie w końcu. - Po prostu ostatnio nie mam humoru. To pewnie przez tą całą sprawę z Marią, Ale widzę, że Wy się świetnie bawicie, więc nie będę Wam psuła wyjazdu. - uśmiechnęłam się blado do mojego chłopaka (w tej chwili, aż ciężko mi o tym myśleć) i nie czekając na jego reakcję poszłam szybkim krokiem w przeciwnym kierunku do bawiących się chłopaków.
Minęłam się bez słowa z Sebastianem i usiadłam na trawie mając idealny widok na pewne miejsce na uboczu, w którym wczoraj tak dużo się wydarzyło...
Kiedy ognisko już było ugaszone, a wszyscy szykowali się do spania, ja postanowiłam przejść się jeszcze brzegiem jeziora. Czułam, że taki samotny spacer w blasku księżyca pozwoli mi spokojniej zasnąć. Zostawiłam więc chłopaków i skierowałam się w stronę błyszczącej tafli wody, a chwilę po tym jak zeszłam z niewielkiej górki, zdjęłam buty z nóg i zanurzyłam stopy w ciepłym jeszcze piasku. Szłam tak sobie rozmyślając o sytuacji z Marią. Nadal byłam na nią wściekła, ale z drugiej strony była moją najlepszą przyjaciółką (przynajmniej przed swoim wyjazdem). Nienawidziłam sytuacji, w której totalnie nie wiedziałam, co robić. Bezradność to chyba najgorsze uczucie świata. Westchnęłam jedynie i zauważyłam, że doszłam już do końca brzegu. Ale nie byłam sama. Kilka kroków przede mną stała jakaś postać, ale nie byłam pewna, czy to któryś z chłopaków, czy ktoś obcy, bo była już noc, na plaży żadnego oświetlenia, więc jedyne co byłam w stanie zobaczyć to zarys postaci. Postanowiłam więc odwrócić się i wycofać.
- Jak chcesz możesz się przyłączyć. - uśmiechnęłam się delikatnie słysząc głos wokalisty Skid Row.
- Nie wiedziałam, że to Ty. - podeszłam bliżej i stanęłam na przeciwko chłopaka zadzierając wysoko głowę do góry, żeby móc spojrzeć mu w twarz.
- Jakoś nie chciało mi się spać to postanowiłem pogapić się trochę na wodę. - wzruszył ramionami spoglądając w moje oczy.
- Wiesz... - zaczęłam śmiejąc się i zagryzając wargę. - zrobiłeś się ostatnio strasznie melancholijny. Gdzie się podział Sebastian, którego wcześniej znałam? Imprezowicz nie traktujący życia poważnie? - uniosłam brwi czekając na jego reakcję.
No i cóż... Nie musiałam zbyt długo na nią czekać. Zostałam po prostu złapana w pół i wrzucona do wody zanim zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób.
- Właśnie wrócił! - krzyknął Baz śmiejąc się z mojej zaskoczonej miny. Na początku byłam na niego wściekła, ale woda nie okazała się wcale taka zimna, jak sądziłam, więc zaczęłam sobie po prostu w niej pływać zachęcając blondyna, aby do mnie dołączył. Po chwili wahania zrobił to i teraz siedzieliśmy w jeziorze razem chlapiąc się nawzajem, albo patrząc w księżyc. Nie powiem, to było całkiem romantyczne... Pływaliśmy sobie w totalnie pustym jeziorze oświetlani jedynie blaskiem księżyca... I to chyba ta atmosfera sprawiła, że gdy tak się wygłupialiśmy będąc bardzo blisko siebie, a Bach przez przypadek musnął wargami kącik moich ust, ja zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam w jego ciało. W odpowiedzi blondyn odsunął się lekko ode mnie, objął dłonią moją twarz i delikatnie pocałował. Przeszedł mnie dreszcz i przywarłam ciałem do jego ciała pogłębiając pocałunek. Nie myślałam wtedy o tym, że całuję się właśnie z najlepszym przyjacielem mojego chłopaka, który jest jedynie kilka metrów od nas. Chciałam więcej. I Sebastian najwidoczniej tez tego pragnął, bo złapał mnie za pośladki i lekko uniósł, abym oplotła go nogami w pasie. Gdy już to zrobiłam, zaczął powoli kierować się w stronę wyjścia z wody nie przerywając pocałunku. Kiedy byliśmy już na brzegu, wokalista położył mnie delikatnie na piasku, który momentalnie oblepił moje mokre ciało i włosy, a sam zawisnął nade mną patrząc głęboko w oczy. Żadne z nas się nie odzywało. Słowa były w tym momencie zbędne. Liczyło się tylko to, że w naszych oczach było widać pragnienie, aby jak najszybciej stać się jednością.
Podniosłam głowę i złączyłam nasze wargi ciągnąc chłopaka na siebie. Po chwili Bach przewał pocałunek, a ja poczułam jego język sunący po mojej szyi i schodzący coraz niżej. Spotęgowało to moje pożądanie i sprawiło, że momentalnie pozbyłam się jego koszulki, która lepiła się do wilgotnego ciała Sebastiana. Dłonie chłopaka szybko znalazły się pod moją koszulką, a jeszcze szybciej ją zdjęły. Usta blondyna scałowywały teraz kropelki wody z mojego brzucha spływające z jego mokrych włosów. Jego pieszczoty doprowadzały mnie do szaleństwa, więc nie czekając dłużej odepchnęłam go od siebie tak, że usiadł na piasku i teraz to ja pieściłam jego klatkę piersiową.
Z każdą chwilą napięcie między nami rosło, a pożądanie buzowało w naszych żyłach skutecznie zamroczając nasze umysły.
Nim się obejrzałam już leżałam z powrotem na piasku, a Sebastian delikatnie rozchylał moje uda znajdując sobie między nimi idealne miejsce...
Tak. Zdradziłam Rachela. Faceta, którego, jak mi się jeszcze do wczoraj wydawało, kochałam najbardziej na świecie...
1. Podejrzewam, że zbyt dużo osób tego nie przeczyta, bo zauważyłam, że większość blogerek opuściło swoje blogi, ale jeżeli znajdzie się chociaż jedna taka osoba to proszę o opinię :)
2. Zachęcam do spojrzenia w lewo, tam gdzie znajdują się polecane przeze mnie blogi, ponieważ pewne wspaniałe pisarki postanowiły również wrócić, więc serdecznie zapraszam Was na ich blogi :)
To tyle tytułem dosyć długiego wstępu :)
Siedziałam na jakiejś prowizorycznej ławce zrobionej z pnia powalonego drzewa z butelką piwa w jednej ręce, i patykiem z nabitą na niego pianką w drugiej. A raczej kleistą cieczą, która teraz kropla po kropli skapywała wprost do buchających płomieni. Zamyśliłam się trochę i nie zauważyłam, że miękki przysmak już dawno się stopił. Otrząsnęłam się lekko słysząc jak któryś z chłopaków rozbija pustą już butelkę o jakąś skałkę. Ale nawet nie spojrzałam w tamtą stronę tylko zerknęłam delikatnie w stronę Sebastiana, lecz on skutecznie unikał mojego wzroku. Próbowałam wywołać w nim jakąś reakcję wpatrując się w niego uporczywie, ale jedyne co osiągnęłam to gwałtowne wstanie chłopaka i odejście od nas nie wiadomo gdzie. Westchnęłam jedynie i wrzuciłam patyk do ogniska, po czym wypiłam duszkiem połowę piwa, którą miałam w trzymanej butelce. Nie bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Chłopaki świetnie się bawili żartując, grając na gitarach i śpiewając piosenki ABBY. Tak, nie byli trzeźwi.
Gdy tak siedziałam tępo wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedział blondyn, poczułam silną dłoń chwytająca mnie za podbródek i zanim się zorientowałam zostałam namiętnie pocałowana przez Rachela. Oddałam czułość, ale jednocześnie zakończyłam pieszczotę tak szybko, jak tylko to było możliwe. I bynajmniej nie zrobiłam tego przez odurzającą woń alkoholu, która mogłam wyczuć z odległości kilku dobrych metrów. Bolan spojrzał na mnie z niemym pytaniem w oczach. W sumie nie dziwiłam mu się. Normalnie rzucałam się na niego sama inicjując czułości, a tu nagle zaczynam go od siebie odpychać. Ale w tamtym momencie nie mogłam postąpić inaczej...
- Wszystko ok? - zapytał brunet starając się spojrzeć mi w oczy, ale unikałam jego wzroku udając, że widoki przed nami są bardziej interesujące.
- Mhm. - mruknęłam jedynie, zaszczycając go jednak spojrzeniem. - Chyba pójdę się przejść. - powiedziałam i momentalnie wstałam z miejsca nie oglądając się za siebie. Ale i tak wiedziałam, że basista poszedł za mną, bo słyszałam jego kroki.
Szliśmy tak przez jakiś czas, ja kilka kroków przed nim, gdy poczułam szarpnięcie za nadgarstek.
- Ivy poczekaj! - warknął i siłą odwrócił mnie w swoją stronę. Swoja drogą chyba już lekko wytrzeźwiał, bo oczy przestały mu tak błyszczeć jak wcześniej i w ogóle wydawał się bardziej ogarniać otaczający go świat. - Od wczoraj nie dajesz mi się prawie w ogóle dotknąć, nie mówiąc o tym, że prawie się nie odzywasz... na te słowa spuściłam wzrok. - Więc? Dowiem się w końcu o co chodzi?... I dlaczego Sebastian też mnie unika? - mówiąc to podszedł bliżej i wpatrywał się głęboko w moje oczy, zapominając o mruganiu, jakby to z nich chciał dowiedzieć się jak jest naprawdę i znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. A ja stałam teraz jak słup soli i tępo wpatrywałam się w jego czekoladowe tęczówki, widząc, że chociaż zamroczony alkoholem, zaczyna domyślać się prawdy. Usilnie starałam się zmusić mój mózg do jak najszybciej reakcji, bo wiedziałam, że coraz dłuższa cisza działa zdecydowanie na moją niekorzyść... Ale co mu niby miałam powiedzieć?
- O nic nie chodzi. - wydusiłam z siebie w końcu. - Po prostu ostatnio nie mam humoru. To pewnie przez tą całą sprawę z Marią, Ale widzę, że Wy się świetnie bawicie, więc nie będę Wam psuła wyjazdu. - uśmiechnęłam się blado do mojego chłopaka (w tej chwili, aż ciężko mi o tym myśleć) i nie czekając na jego reakcję poszłam szybkim krokiem w przeciwnym kierunku do bawiących się chłopaków.
Minęłam się bez słowa z Sebastianem i usiadłam na trawie mając idealny widok na pewne miejsce na uboczu, w którym wczoraj tak dużo się wydarzyło...
Kiedy ognisko już było ugaszone, a wszyscy szykowali się do spania, ja postanowiłam przejść się jeszcze brzegiem jeziora. Czułam, że taki samotny spacer w blasku księżyca pozwoli mi spokojniej zasnąć. Zostawiłam więc chłopaków i skierowałam się w stronę błyszczącej tafli wody, a chwilę po tym jak zeszłam z niewielkiej górki, zdjęłam buty z nóg i zanurzyłam stopy w ciepłym jeszcze piasku. Szłam tak sobie rozmyślając o sytuacji z Marią. Nadal byłam na nią wściekła, ale z drugiej strony była moją najlepszą przyjaciółką (przynajmniej przed swoim wyjazdem). Nienawidziłam sytuacji, w której totalnie nie wiedziałam, co robić. Bezradność to chyba najgorsze uczucie świata. Westchnęłam jedynie i zauważyłam, że doszłam już do końca brzegu. Ale nie byłam sama. Kilka kroków przede mną stała jakaś postać, ale nie byłam pewna, czy to któryś z chłopaków, czy ktoś obcy, bo była już noc, na plaży żadnego oświetlenia, więc jedyne co byłam w stanie zobaczyć to zarys postaci. Postanowiłam więc odwrócić się i wycofać.
- Jak chcesz możesz się przyłączyć. - uśmiechnęłam się delikatnie słysząc głos wokalisty Skid Row.
- Nie wiedziałam, że to Ty. - podeszłam bliżej i stanęłam na przeciwko chłopaka zadzierając wysoko głowę do góry, żeby móc spojrzeć mu w twarz.
- Jakoś nie chciało mi się spać to postanowiłem pogapić się trochę na wodę. - wzruszył ramionami spoglądając w moje oczy.
- Wiesz... - zaczęłam śmiejąc się i zagryzając wargę. - zrobiłeś się ostatnio strasznie melancholijny. Gdzie się podział Sebastian, którego wcześniej znałam? Imprezowicz nie traktujący życia poważnie? - uniosłam brwi czekając na jego reakcję.
No i cóż... Nie musiałam zbyt długo na nią czekać. Zostałam po prostu złapana w pół i wrzucona do wody zanim zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób.
- Właśnie wrócił! - krzyknął Baz śmiejąc się z mojej zaskoczonej miny. Na początku byłam na niego wściekła, ale woda nie okazała się wcale taka zimna, jak sądziłam, więc zaczęłam sobie po prostu w niej pływać zachęcając blondyna, aby do mnie dołączył. Po chwili wahania zrobił to i teraz siedzieliśmy w jeziorze razem chlapiąc się nawzajem, albo patrząc w księżyc. Nie powiem, to było całkiem romantyczne... Pływaliśmy sobie w totalnie pustym jeziorze oświetlani jedynie blaskiem księżyca... I to chyba ta atmosfera sprawiła, że gdy tak się wygłupialiśmy będąc bardzo blisko siebie, a Bach przez przypadek musnął wargami kącik moich ust, ja zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam w jego ciało. W odpowiedzi blondyn odsunął się lekko ode mnie, objął dłonią moją twarz i delikatnie pocałował. Przeszedł mnie dreszcz i przywarłam ciałem do jego ciała pogłębiając pocałunek. Nie myślałam wtedy o tym, że całuję się właśnie z najlepszym przyjacielem mojego chłopaka, który jest jedynie kilka metrów od nas. Chciałam więcej. I Sebastian najwidoczniej tez tego pragnął, bo złapał mnie za pośladki i lekko uniósł, abym oplotła go nogami w pasie. Gdy już to zrobiłam, zaczął powoli kierować się w stronę wyjścia z wody nie przerywając pocałunku. Kiedy byliśmy już na brzegu, wokalista położył mnie delikatnie na piasku, który momentalnie oblepił moje mokre ciało i włosy, a sam zawisnął nade mną patrząc głęboko w oczy. Żadne z nas się nie odzywało. Słowa były w tym momencie zbędne. Liczyło się tylko to, że w naszych oczach było widać pragnienie, aby jak najszybciej stać się jednością.
Podniosłam głowę i złączyłam nasze wargi ciągnąc chłopaka na siebie. Po chwili Bach przewał pocałunek, a ja poczułam jego język sunący po mojej szyi i schodzący coraz niżej. Spotęgowało to moje pożądanie i sprawiło, że momentalnie pozbyłam się jego koszulki, która lepiła się do wilgotnego ciała Sebastiana. Dłonie chłopaka szybko znalazły się pod moją koszulką, a jeszcze szybciej ją zdjęły. Usta blondyna scałowywały teraz kropelki wody z mojego brzucha spływające z jego mokrych włosów. Jego pieszczoty doprowadzały mnie do szaleństwa, więc nie czekając dłużej odepchnęłam go od siebie tak, że usiadł na piasku i teraz to ja pieściłam jego klatkę piersiową.
Z każdą chwilą napięcie między nami rosło, a pożądanie buzowało w naszych żyłach skutecznie zamroczając nasze umysły.
Nim się obejrzałam już leżałam z powrotem na piasku, a Sebastian delikatnie rozchylał moje uda znajdując sobie między nimi idealne miejsce...
Tak. Zdradziłam Rachela. Faceta, którego, jak mi się jeszcze do wczoraj wydawało, kochałam najbardziej na świecie...
sobota, 1 lutego 2014
This is the end...
Chyba nie ma sensu Was zwodzić, mówiąc, że coś jeszcze napiszę. Bo tak się nie stanie. Przez ostatnie miesiące odeszłam zupełnie od pisania i raczej do niego nie wrócę. A nawet jeżeli to zrobię to prawdopodobnie będzie to zupełnie nowa historia niezwiązana z tymi, które pisałam.
Trochę żal, bo ile czasu, serca i uwagi poświęciłam blogom wiem tylko ja. I jestem zła na siebie, że nie potrafię doprowadzić żadnej z historii do końca, ale szczerze mówiąc, tak dawno nie pisałam, iż z pewnością nie "wbiłabym się" do fabuły, nie poczułabym jej, tak jak miało to miejsce na początku, gdy dodawałam rozdziały regularnie.
Wiem, że zostawiam dużo nieskończonych wątków, ale z drugiej strony każda z Was może sobie dopisać zakończenie, takie jakie by jej się marzyło. I z pewnością wszystkie będą lepsze od tych, które ja bym wymyśliła :)
A teraz podziękowania.
Dziękuję wszystkim bez wyjątku, którzy byli ze mną, czytali, komentowali, wspierali, pocieszali, opieprzali kiedy było trzeba, doradzali i robili wszystko, żeby moja przygoda z pisaniem wyglądała tak jak wyglądała :*
A teraz bardziej osobiście dziękuję:
Dirty Rose - która jest moją rodzoną siostrą (tak, naprawdę tak jest) za to, że część wydarzeń była trochę jej zasługą, za sprawdzanie i korygowanie niektórych rozdziałów przed ich opublikowaniem, za dobre słowo, ale i czasem za konstruktywną krytykę <3
Liz - za przyjaźń, bycie moim psychologiem i przygody, których nie zapomnę do końca życia :*
Rain - za komentarze, które były kopem do dalszego pisania, bo wiedziałam, że ktoś czeka na to, żebym coś dodała, te zajebiste wsparcie i ogromną wiarę w moje możliwości :*
Angie - za rozmowy, których nigdy nie zapomnę i przyjaźń :*
Hannah McKagan - bo zawsze wiernie czytałaś i pisałaś piękne komentarze <3
Cassie Everly - bo byłaś taką dobrą duszyczką <3
A także:
Carli Jon McKagan, Rose, Ninde, bad_ass, Miss Nothing, Ironic Dreams, Vicky, Mist, A. W. Grey i wszystkim Anonimom - byłyście i jesteście fantastyczne <3
I tak oto kończy się moja przygoda z opowiadaniami. W życiu bym się nie spodziewała, że niby taka błaha rzecz może tak odmienić czyjeś życie. A jednak! Uważam to za jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, bo podwyższyłam poziom swoich możliwości pisarskich oraz mogłam podzielić się z kimś swoją pasją i wytworami wyobraźni :)
Nie chcę się za bardzo rozpisywać, bo jest tyle rzeczy, które chciałabym Wam przekazać, że z pewnością połowę bym ominęła, użyję więc tylko jednego słowa: DZIĘKUJĘ! :*
A! No i trzymajcie w maju kciuki, bo Wasza Starlight pisze maturę, a żeby mogła zrealizować swoje marzenia, musi ją zdać z dobrym wynikiem :)
Trzymajcie się i
Trochę żal, bo ile czasu, serca i uwagi poświęciłam blogom wiem tylko ja. I jestem zła na siebie, że nie potrafię doprowadzić żadnej z historii do końca, ale szczerze mówiąc, tak dawno nie pisałam, iż z pewnością nie "wbiłabym się" do fabuły, nie poczułabym jej, tak jak miało to miejsce na początku, gdy dodawałam rozdziały regularnie.
Wiem, że zostawiam dużo nieskończonych wątków, ale z drugiej strony każda z Was może sobie dopisać zakończenie, takie jakie by jej się marzyło. I z pewnością wszystkie będą lepsze od tych, które ja bym wymyśliła :)
A teraz podziękowania.
Dziękuję wszystkim bez wyjątku, którzy byli ze mną, czytali, komentowali, wspierali, pocieszali, opieprzali kiedy było trzeba, doradzali i robili wszystko, żeby moja przygoda z pisaniem wyglądała tak jak wyglądała :*
A teraz bardziej osobiście dziękuję:
Dirty Rose - która jest moją rodzoną siostrą (tak, naprawdę tak jest) za to, że część wydarzeń była trochę jej zasługą, za sprawdzanie i korygowanie niektórych rozdziałów przed ich opublikowaniem, za dobre słowo, ale i czasem za konstruktywną krytykę <3
Liz - za przyjaźń, bycie moim psychologiem i przygody, których nie zapomnę do końca życia :*
Rain - za komentarze, które były kopem do dalszego pisania, bo wiedziałam, że ktoś czeka na to, żebym coś dodała, te zajebiste wsparcie i ogromną wiarę w moje możliwości :*
Angie - za rozmowy, których nigdy nie zapomnę i przyjaźń :*
Hannah McKagan - bo zawsze wiernie czytałaś i pisałaś piękne komentarze <3
Cassie Everly - bo byłaś taką dobrą duszyczką <3
A także:
Carli Jon McKagan, Rose, Ninde, bad_ass, Miss Nothing, Ironic Dreams, Vicky, Mist, A. W. Grey i wszystkim Anonimom - byłyście i jesteście fantastyczne <3
I tak oto kończy się moja przygoda z opowiadaniami. W życiu bym się nie spodziewała, że niby taka błaha rzecz może tak odmienić czyjeś życie. A jednak! Uważam to za jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, bo podwyższyłam poziom swoich możliwości pisarskich oraz mogłam podzielić się z kimś swoją pasją i wytworami wyobraźni :)
Nie chcę się za bardzo rozpisywać, bo jest tyle rzeczy, które chciałabym Wam przekazać, że z pewnością połowę bym ominęła, użyję więc tylko jednego słowa: DZIĘKUJĘ! :*
A! No i trzymajcie w maju kciuki, bo Wasza Starlight pisze maturę, a żeby mogła zrealizować swoje marzenia, musi ją zdać z dobrym wynikiem :)
Trzymajcie się i
Keep on rockin' fuckers! \m/
P.S. Nie bardzo mam czas, żeby czytać Wasze rozdziały, ale niewykluczone, że raz na jakiś czas zobaczycie mój komentarz pod postem :)
P. S. 2: Jeśli chcecie mnie poznać, pogadać, wyjść na piwo czy cokolwiek odsyłam tutaj.
sobota, 19 października 2013
Dead Flowers - Rozdział 9
Mój blog obchodzi dzisiaj swoje pierwsze urodziny! Nie wierzę w to, jak szybko ten czas minął. A zmian, jakie zaszły przez ten rok na blogu i w moim życiu, aż trudno zliczyć. Przez moje pisanie poznałam naprawdę wspaniałych ludzi, którzy zawsze mnie wspierali, i bez których teraz nie mogę się już obejść w życiu <3 Dziękuję też wszystkim czytelnikom za ponad 20 000 wyświetleń i wszystkie komentarze, które zawsze były i są dla mnie bardzo ważne. Dziękuję :3
A teraz zapraszam na nowy rozdział, który moim zdaniem jest trochę... dziwny. No, ale nieważne. Miłego czytania :) No i przepraszam za wszystkie błędy i powtórzenia, ale nie sprawdzałam już tego drugi raz.
Debbie:
I tak mijały nam powoli dni. Chłopaki siedzieli w domu, robili próby i próbowali załatwiać koncerty, a ja chodziłam do pracy. Tak też było i dzisiaj. Skończyłam swoją codzienną robotę w sklepie i poszłam do mieszkania. Zawsze po pracy idę od razu do Gunsów, ale stwierdziłam, że dziś zrobię wyjątek i zajrzę do nich dopiero pod wieczór.
Na ulicach zaczynało się robić pomarańczowo z delikatnymi odcieniami różowego. Podniosłam wysoko głowę i zobaczyłam ponad budynkami słońce chylące się właśnie ku zachodowi. Przepiękny widok. Mam wrażenie, że w Polsce nie robiło to na mnie takiego wrażenia. Albo po prostu nie zwracałam na to większej uwagi. Odetchnęłam głęboko chłonąc każdy znikający promień i uśmiechnęłam się delikatnie. Los Angeles to jednak piękne miasto. No, oczywiście zdarzają się dzielnice, gdzie raczej nic fajnego nie ma, ale tak jest wszędzie. To miasto ma w sobie jakiś magnez, który powoduje, że jeśli raz się tu przyjedzie to nie ma już odwrotu i trzeba tu zostać. Nigdy bym nie pomyślała, że będę na to patrzeć w taki sposób, a jednak sądzę, że nigdy nie chcę opuszczać tego miejsca. Podobno każdy człowiek ma jakieś swoje miejsce na ziemi, które jest mu przypisane. To coś podobnego do tych dwóch połówek jabłka. Tyle, że nie chodzi o ukochaną osobę, a o ukochane miasto, przestrzeń do życia. Moim zdecydowanie jest L.A. I pomyśleć, że jeszcze nie dawno marzyło mi się życie w Anglii. Ale cieszę się z tego, że nie wyszło i mam szansę egzystować tutaj. Myślę, że dobrze ją wykorzystam.
Na rozmyślaniach minęła mi cała droga do domu i nim się obejrzałam stałam przed moim blokiem. Z kieszeni ramoneski wydobyłam klucze i weszłam na klatkę. Już miałam podejść do windy, którą swoją drogą w końcu ktoś naprawił, gdy coś mnie tknęło i podeszłam, żeby sprawdzić pocztę. Jak zawsze pełno było ulotek, znalazł się nawet jakiś rachunek. Przeglądałam je machinalnie, gdy coś przykuło moją uwagę. A mianowicie biała koperta. Zmarszczyłam brwi, ale wszystko się wyjaśniło, gdy odwróciłam ją na drugą stronę. To było pismo z uniwersytetu UCLA. Przez ostatnie wydarzenia zupełnie zapomniałam, że złożyłam podanie na studia. Spojrzałam na datę. Wysłane tydzień temu. Wyrzucałam sobie w duchu, że przez tyle czasu nie sprawdzałam poczty, ale już nic nie mogłam na to poradzić. Nawet nie wiedziałam, czy mnie przyjęli. Stwierdziłam, że nie będę otwierać listu na klatce schodowej i nie czekając na windę pobiegłam schodami. Tak mi się spieszyło, że gdy tylko otworzyłam drzwi od mieszkania, od razu zaczęłam rozrywać kopertę. Wydobyłam w końcu z niej białą kartkę i zaczęłam czytać literka po literce.
Izzy:
Siedzieliśmy własnie z chłopakami i Mandy w salonie, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Spodziewałem się, że to może być Debbie, więc wstałem i podszedłem do drzwi. Nie zdążyłem ich nawet dobrze otworzyć, gdy rudowłosa rzuciła mi się na szyję oplatając mnie w pasie nogami, piszcząc przy tym i śmiejąc się równocześnie. Nie wiedziałem o co chodzi, ale objąłem ją i mocno przytuliłem.
- Przyjęli mnie! Rozumiesz? Przyjęli mnie!
Postawiłem ją na nogi i z niemym pytaniem w oczach spojrzałem na jej twarz.
- Och, no. Na studia! - rzuciła zniecierpliwiona, a po chwili na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
Poczułem, że serce zaczyna mi się radować razem z nią i również się uśmiechnąłem.
- To zajebiście! - położyłem jej dłonie na policzkach i pocałowałem gorąco.
Spytałem ją jeszcze tylko o kierunek, bo zdałem sobie sprawę, że nie wiem najważniejszej rzeczy i zaprowadziłem moją studentkę do salonu.
- Ludzie. Powitajcie naszą przyszłą panią reżyser!
Miny wszystkich mówiły tyle, że zupełnie nie wiedzą o co chodzi, więc szybko im wytłumaczyliśmy. Oczywiście rzucili się z gratulacjami, a Slash powiedział: "Trzeba to opić!". No jak trzeba to trzeba.
Debbie:
Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam przestać się uśmiechać. Oczywiście każda okazja jest dobra, żeby się napić, więc przed nami piętrzyły się butelki z alkoholem, a każdy z nas wlewał w siebie coraz więcej. Śmiałam się właśnie z kolejnej historyjki opowiadanej przez Stevena, która zupełnie nie była zabawna, ale jak Steven coś opowiada to trudno się nie uśmiechnąć, gdy Izzy chwycił mnie za rękę i zaprowadził przed dom. Odgarnęłam włosy z twarzy jednym ruchem i uważnie przyjrzałam się mojemu mężczyźnie. Z tego co widzę po jego oczach to nic nie brał, ale w sumie i tak nie miało to żadnego znaczenia. Obydwoje lubiliśmy się zabawić i nie widziałam w tym nic złego. Delikatny wiatr roztrzepał lekko fryzurę Stradlina, a on w tym samym momencie podniósł na mnie wzrok stając tylko kilka centymetrów przede mną. W jego oczach zobaczyłam takie pożądanie, że poczułam jak robi mi się gorąco, policzki płoną, a całe ciało pokrywa gęsia skórka. I wtedy przywarł wargami do moich warg, a swoim ciałem do mojego. Całowaliśmy się zachłannie wciąż nienasyceni siebie. Pragnąc więcej i więcej. Kiedy poczułam jak jego ręka wsuwa się pod materiał mojej czarnej sukienki oderwałam się od jego ust na dosłownie kilka milimetrów i wyszeptałam z trudem łapiąc oddech:
- Jesteśmy przed domem.
- Och daj spokój. Jest ciemno, a poza tym nikogo nie ma.
I znowu mnie pocałował skutecznie zamykając mi usta. Jego język pieścił mój, podczas gdy jego ręka wędrowała wzdłuż całego mojego ciała. Nie chcąc już dłużej czekać, sięgnęłam ręką do jego spodni i zgrabnym ruchem je odpięłam. Rytmiczny za to jednym ruchem zdarł ze mnie bieliznę, a następnie zdjął bokserki i całując moje spragnione wargi wszedł we mnie. Krzyknęłam głośno i przyciągnęłam go bliżej siebie. Fakt, że uprawiamy seks przed domem i w każdej chwili ktoś może nas zobaczyć dodawał niesamowitej adrenaliny, jednocześnie wzmagając nasze pożądanie. Izzy poruszał biodrami szybko i rytmicznie, a ja wiedziałam, że już dłużej nie wytrzymam i doszłam z niemym krzykiem wypisanym na twarzy, wbijając mu paznokcie pomalowane na krwistą czerwień w bark. Brunet szczytował krótko po mnie, a ja czując ciepły płyn w sobie, złączyłam nasze wargi.
Kiedy się od siebie oderwaliśmy, naciągnęliśmy bieliznę, a ja rozglądnęłam się dookoła sprawdzając czy nie mieliśmy żadnych świadków. Nikogo nie widziałam, więc wygląda na to, że nie. Gdy już chciałam się odwrócić i pójść do domu, Jeff zatrzymał mnie chwytając za nadgarstek.
- Wprowadź się do mnie.
Zamarłam i wytrzeszczyłam na niego oczy. Wprowadzić się? W jednej sekundzie przez moją głowę przeleciało milion myśli. W końcu nie byliśmy razem długo, nie zdążyliśmy się jeszcze dostatecznie dobrze poznać. W praktyce i tak większość czasu spędzam u nich w domu, ale zawsze mam swoje mieszkanie, gdzie mogę się zaszyć, gdy nie chcę z nikim rozmawiać. W mojej głowie szalała istna burza. Milczałam przez dłuższą chwilę, a Izzy wpatrywał się we mnie wyczekującym wzrokiem. I co tu teraz zrobić?
A teraz zapraszam na nowy rozdział, który moim zdaniem jest trochę... dziwny. No, ale nieważne. Miłego czytania :) No i przepraszam za wszystkie błędy i powtórzenia, ale nie sprawdzałam już tego drugi raz.
Debbie:
I tak mijały nam powoli dni. Chłopaki siedzieli w domu, robili próby i próbowali załatwiać koncerty, a ja chodziłam do pracy. Tak też było i dzisiaj. Skończyłam swoją codzienną robotę w sklepie i poszłam do mieszkania. Zawsze po pracy idę od razu do Gunsów, ale stwierdziłam, że dziś zrobię wyjątek i zajrzę do nich dopiero pod wieczór.
Na ulicach zaczynało się robić pomarańczowo z delikatnymi odcieniami różowego. Podniosłam wysoko głowę i zobaczyłam ponad budynkami słońce chylące się właśnie ku zachodowi. Przepiękny widok. Mam wrażenie, że w Polsce nie robiło to na mnie takiego wrażenia. Albo po prostu nie zwracałam na to większej uwagi. Odetchnęłam głęboko chłonąc każdy znikający promień i uśmiechnęłam się delikatnie. Los Angeles to jednak piękne miasto. No, oczywiście zdarzają się dzielnice, gdzie raczej nic fajnego nie ma, ale tak jest wszędzie. To miasto ma w sobie jakiś magnez, który powoduje, że jeśli raz się tu przyjedzie to nie ma już odwrotu i trzeba tu zostać. Nigdy bym nie pomyślała, że będę na to patrzeć w taki sposób, a jednak sądzę, że nigdy nie chcę opuszczać tego miejsca. Podobno każdy człowiek ma jakieś swoje miejsce na ziemi, które jest mu przypisane. To coś podobnego do tych dwóch połówek jabłka. Tyle, że nie chodzi o ukochaną osobę, a o ukochane miasto, przestrzeń do życia. Moim zdecydowanie jest L.A. I pomyśleć, że jeszcze nie dawno marzyło mi się życie w Anglii. Ale cieszę się z tego, że nie wyszło i mam szansę egzystować tutaj. Myślę, że dobrze ją wykorzystam.
Na rozmyślaniach minęła mi cała droga do domu i nim się obejrzałam stałam przed moim blokiem. Z kieszeni ramoneski wydobyłam klucze i weszłam na klatkę. Już miałam podejść do windy, którą swoją drogą w końcu ktoś naprawił, gdy coś mnie tknęło i podeszłam, żeby sprawdzić pocztę. Jak zawsze pełno było ulotek, znalazł się nawet jakiś rachunek. Przeglądałam je machinalnie, gdy coś przykuło moją uwagę. A mianowicie biała koperta. Zmarszczyłam brwi, ale wszystko się wyjaśniło, gdy odwróciłam ją na drugą stronę. To było pismo z uniwersytetu UCLA. Przez ostatnie wydarzenia zupełnie zapomniałam, że złożyłam podanie na studia. Spojrzałam na datę. Wysłane tydzień temu. Wyrzucałam sobie w duchu, że przez tyle czasu nie sprawdzałam poczty, ale już nic nie mogłam na to poradzić. Nawet nie wiedziałam, czy mnie przyjęli. Stwierdziłam, że nie będę otwierać listu na klatce schodowej i nie czekając na windę pobiegłam schodami. Tak mi się spieszyło, że gdy tylko otworzyłam drzwi od mieszkania, od razu zaczęłam rozrywać kopertę. Wydobyłam w końcu z niej białą kartkę i zaczęłam czytać literka po literce.
Izzy:
Siedzieliśmy własnie z chłopakami i Mandy w salonie, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Spodziewałem się, że to może być Debbie, więc wstałem i podszedłem do drzwi. Nie zdążyłem ich nawet dobrze otworzyć, gdy rudowłosa rzuciła mi się na szyję oplatając mnie w pasie nogami, piszcząc przy tym i śmiejąc się równocześnie. Nie wiedziałem o co chodzi, ale objąłem ją i mocno przytuliłem.
- Przyjęli mnie! Rozumiesz? Przyjęli mnie!
Postawiłem ją na nogi i z niemym pytaniem w oczach spojrzałem na jej twarz.
- Och, no. Na studia! - rzuciła zniecierpliwiona, a po chwili na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
Poczułem, że serce zaczyna mi się radować razem z nią i również się uśmiechnąłem.
- To zajebiście! - położyłem jej dłonie na policzkach i pocałowałem gorąco.
Spytałem ją jeszcze tylko o kierunek, bo zdałem sobie sprawę, że nie wiem najważniejszej rzeczy i zaprowadziłem moją studentkę do salonu.
- Ludzie. Powitajcie naszą przyszłą panią reżyser!
Miny wszystkich mówiły tyle, że zupełnie nie wiedzą o co chodzi, więc szybko im wytłumaczyliśmy. Oczywiście rzucili się z gratulacjami, a Slash powiedział: "Trzeba to opić!". No jak trzeba to trzeba.
Debbie:
Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam przestać się uśmiechać. Oczywiście każda okazja jest dobra, żeby się napić, więc przed nami piętrzyły się butelki z alkoholem, a każdy z nas wlewał w siebie coraz więcej. Śmiałam się właśnie z kolejnej historyjki opowiadanej przez Stevena, która zupełnie nie była zabawna, ale jak Steven coś opowiada to trudno się nie uśmiechnąć, gdy Izzy chwycił mnie za rękę i zaprowadził przed dom. Odgarnęłam włosy z twarzy jednym ruchem i uważnie przyjrzałam się mojemu mężczyźnie. Z tego co widzę po jego oczach to nic nie brał, ale w sumie i tak nie miało to żadnego znaczenia. Obydwoje lubiliśmy się zabawić i nie widziałam w tym nic złego. Delikatny wiatr roztrzepał lekko fryzurę Stradlina, a on w tym samym momencie podniósł na mnie wzrok stając tylko kilka centymetrów przede mną. W jego oczach zobaczyłam takie pożądanie, że poczułam jak robi mi się gorąco, policzki płoną, a całe ciało pokrywa gęsia skórka. I wtedy przywarł wargami do moich warg, a swoim ciałem do mojego. Całowaliśmy się zachłannie wciąż nienasyceni siebie. Pragnąc więcej i więcej. Kiedy poczułam jak jego ręka wsuwa się pod materiał mojej czarnej sukienki oderwałam się od jego ust na dosłownie kilka milimetrów i wyszeptałam z trudem łapiąc oddech:
- Jesteśmy przed domem.
- Och daj spokój. Jest ciemno, a poza tym nikogo nie ma.
I znowu mnie pocałował skutecznie zamykając mi usta. Jego język pieścił mój, podczas gdy jego ręka wędrowała wzdłuż całego mojego ciała. Nie chcąc już dłużej czekać, sięgnęłam ręką do jego spodni i zgrabnym ruchem je odpięłam. Rytmiczny za to jednym ruchem zdarł ze mnie bieliznę, a następnie zdjął bokserki i całując moje spragnione wargi wszedł we mnie. Krzyknęłam głośno i przyciągnęłam go bliżej siebie. Fakt, że uprawiamy seks przed domem i w każdej chwili ktoś może nas zobaczyć dodawał niesamowitej adrenaliny, jednocześnie wzmagając nasze pożądanie. Izzy poruszał biodrami szybko i rytmicznie, a ja wiedziałam, że już dłużej nie wytrzymam i doszłam z niemym krzykiem wypisanym na twarzy, wbijając mu paznokcie pomalowane na krwistą czerwień w bark. Brunet szczytował krótko po mnie, a ja czując ciepły płyn w sobie, złączyłam nasze wargi.
Kiedy się od siebie oderwaliśmy, naciągnęliśmy bieliznę, a ja rozglądnęłam się dookoła sprawdzając czy nie mieliśmy żadnych świadków. Nikogo nie widziałam, więc wygląda na to, że nie. Gdy już chciałam się odwrócić i pójść do domu, Jeff zatrzymał mnie chwytając za nadgarstek.
- Wprowadź się do mnie.
Zamarłam i wytrzeszczyłam na niego oczy. Wprowadzić się? W jednej sekundzie przez moją głowę przeleciało milion myśli. W końcu nie byliśmy razem długo, nie zdążyliśmy się jeszcze dostatecznie dobrze poznać. W praktyce i tak większość czasu spędzam u nich w domu, ale zawsze mam swoje mieszkanie, gdzie mogę się zaszyć, gdy nie chcę z nikim rozmawiać. W mojej głowie szalała istna burza. Milczałam przez dłuższą chwilę, a Izzy wpatrywał się we mnie wyczekującym wzrokiem. I co tu teraz zrobić?
sobota, 28 września 2013
Psycho Love - Rozdział 17
BLOG ODWIESZONY
Aż dziwne, że coś napisałam, ale miałam już ten rozdział w połowie, a że nie lubię mieć niedokończonych rozdziałów no to usiadłam i dopisałam końcówkę. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to jakieś bardzo górnolotne, ale miałam długa przerwę w pisaniu. Mam nadzieję, że chociaż trochę się spodoba :) Przepraszam za wszystkie błędy i powtórzenia.
- Chłopaki szybciej! - krzyknęłam zniecierpliwiona do Bacha i Dave'a. Stałam właśnie oparta o maskę samochodu i od dobrych dziesięciu minut próbowałam przywołać chłopaków. Ale oczywiście mogłam sobie krzyczeć, a oni i tak mieli mnie gdzieś i szukali odżywki do włosów Sebastiana, która jakimś cudem zniknęła, po tym jak używał jej Snake. Oczywiście mówiłam blondynowi, że jedziemy tylko na dwa dni i nie potrzebuje on odżywki, ale uparł się i stwierdził, że bez niej nie jedzie. Zrezygnowana wyciągnęłam paczkę papierosów i odpaliłam jednego. Po chwili przysiadł się do mnie Scotti, również z fajką między dwoma palcami.
- Może ich zostawimy i pojedziemy już? - zaproponował Hill, a ja uważnie na niego spojrzałam. - Szkoda dnia. - wzruszył ramionami i zaciągnął się papierosem. Przyznałam mu rację i już miałam wstawać, kiedy chłopaki pojawili się w drzwiach.
- No w końcu! Ile można czekać? - zawołał siedzący już w moim Mustangu Rachel wypuszczając dym z płuc. Podczas czekania basista zdążył już się rozłożyć na siedzeniu pasażera i wyciągnąć nogi przez otwarte okno, a w zębach trzymać zapalonego papierosa. Bach w odpowiedzi pokazał nam język i wsiadł do drugiego samochodu - do jednego byśmy się nie zapakowali. Po chwili wszyscy byli już gotowi i mogliśmy wyruszać.
- They're piling in the back seat, They're generating steam heat, Pulsating to the back beat, The Blitzkrieg Bop. - śpiewałam razem z Rachelem i Scottim uderzając rytmicznie palcami o kierownicę. Samochód prowadziłam ja, bo po pierwsze - to auto jest moje i rzadko komu pozwalam nim jeździć, po drugie - chłopaki już na początku drogi wyciągnęli sobie piwa, więc nie było mowy o zmianie kierowcy.
- Weź wyprzedź tych złamasów, zobacz jak oni jadą. - powiedział siedzący obok mnie Rachel wywalając pustą puszkę po piwie przez okno. Miał rację. Samochód kierowany przez Roba jechał jak dla mnie zdecydowanie za wolno, ale w końcu jechaliśmy razem. Jednak z racji tego, że droga przed nami była zupełnie pusta, a obok jedynie jakieś pola, dodałam gazu i w mgnieniu oka wyprzedziłam chłopaków. Po chwili jednak oni również przyspieszyli i szybko mnie dogonili.
- Daj mi poprowadzić. - wypalił Rachel patrząc na mnie zza okularów przeciwsłonecznych.
- Piłeś. - odpowiedziałam zmieniając bieg.
- No i? - basista uniósł jedną brew.
- No i nie ma mowy. - ucięłam dyskusję podgłaśniając radio, a dokładnie gitarę Slasha w "Welcome To The Jungle", gdy brunet chciał coś powiedzieć. Bolan mruknął jedynie coś pod nosem i otworzył kolejną puszkę. Spojrzałam najpierw na niego, a później w lusterko, a siedzący z tyłu Scotti puścił mi oczko, na co delikatnie się uśmiechnęłam.
Po jakiejś godzinie jazdy w końcu zatrzymałam samochód na trawie. Z daleka już było widać błękitną taflę jeziora. Wysiadłam z wozu i głośno zatrzasnęłam drzwi, a chłopaki po chwili zrobili to samo. Widziałam, że Rachel jeszcze jest na mnie obrażony, więc podeszłam do niego, gdy był odwrócony do mnie tyłem wpatrując się w wodę i stanęłam przed nim zarzucając mu ręce na szyję i całując go czule. Basista w pierwszej chwili w ogóle nie zareagował, ale chyba udało mi się stopić jego opór, bo po kilku sekundach objął mnie w pasie i pogłębił pocałunek.
- Ej gołąbeczki! Chodźcie rozkładać namioty! Później się będziecie pieprzyć! - zawołał nas Sebastian, a my oderwaliśmy się od siebie pokazując mu środkowy palec.
- Dobra, chodź. - mruknęłam i ruszyłam do przodu ciągnąc za sobą Bolana, który mruczał coś pod nosem.
- Hahahahahah - wybuchnęłam głośnym śmiechem, gdy dotarliśmy do chłopaków i zobaczyłam Roba zaplątanego w materiał namiotu. Komiczny widok. W ślad za mną podążyli wszyscy.
- Byście mi pomogli, a nie się nabijacie debile. - skwitował nasze zachowanie Affuso, a my zaczęliśmy śmiać się jeszcze głośniej.
Zaczynało się już jednak powoli ściemniać, więc wzięliśmy się za rozkładanie naszych namiotów. Robowi oczywiście nikt nie pomógł. Na szczęście po wielu próbach jakoś się uwolnił.
- Aż bym się wykąpał. - ziewnął Snake stojąc prawie nogami w wodzie, gdy wszystko było już gotowe.
- No to na co czekasz? - odpowiedział Scotti z fajką w zębach i popchnął gitarzystę, który niczego się nie spodziewając wylądował po kolana w jeziorze. Dave przekląl siarczyście i zaczął gonić Hilla, ale ten już zdążył gdzieś uciec.
Ja akurat w tym momencie siedziałam na trawie i paliłam fajkę obserwując otoczenie. Tutaj było naprawdę zjawiskowo. Czyste jezioro, niewielka plaża i zielony las obok wydawały się rajem. Wzdrygnęłam się lekko, gdy nagle obok mnie usiadł Sebastian, bo podszedł zupełnie bezszelestnie.
- Nie bój się, to tylko ja. - uśmiechnęłam się do niego nic nie mówiąc. On też już się nie odezwał. Siedzieliśmy tak w ciszy dobre 10 minut, gdy nagle usłyszałam jego głos:
- Tęsknię za nią. - odwróciłam głowę w jego stronę uważnie mu się przyglądając. Jego smutny wzrok wbity był w coś gdzieś daleko przed nami sprawiając wrażenie, jakby nie tylko duchem, ale i ciałem był daleko ode mnie.
- Możesz jeszcze wszystko zmienić. Możesz sprawić, że przestaniesz tęsknić.
- Tylko, że nie wiem, czy chcę. - w końcu skierował wzrok swoich niebieskich oczu na mnie. - Widzisz... To nie jest takie proste... Miałaś kiedyś tak, że bardzo kogoś nienawidziłaś, a jednocześnie tęsknota za tą osobą rozrywała Ci serce? - nie wiedząc co powiedzieć, po prostu spuściłam głowę. - No właśnie. A ja mam tak właśnie teraz. I totalnie nie wiem, co mam robić.
- Sebastian... nie wiem, co powiedzieć... Nie jestem raczej dobrym doradcą. - położyłam dłoń na jego dłoni, która spoczywała na jego kolanie i delikatnie ją potarłam.
- Nie oczekuję od Ciebie rad. Po prostu ze mną bądź. - uśmiechnęłam się i położyłam głowę na ramieniu blondyna szepcząc "masz to jak w banku".
- Ivy, Baz! Robimy ognisko! - usłyszeliśmy głos Rachela i szybko wstaliśmy dołączając do chłopaków.
BLOG ZAWIESZONY
czwartek, 5 września 2013
Liebster Blog Award + Informacja
Kolejny konkurs, a ja znowu nie wiem, o co chodzi. W każdym bądź razie baardzo dziękuję za nominację Carli Jon McKagan :3
1. Która płyta wg ciebie jest najlepsza?
2. Gdybyś miała się stać kimś innym na jeden dzień to kto by był?
3. Co sądzisz o muzyce z lat 80.?
4. Jaka subkultura wg Ciebie nie reprezentuje sobą nic szczególnego?
5. Gdybyś miała do końca życia chodzić na wszystkie koncertu jakiegoś zespołu to jaki to byłby zespół?
6. Czy kiedyś teledyski były sztuką?
7. Co potrafi u ciebie wywołać uśmiech nawet jeżeli jesteś bardzo zdołowana?
8. Chciałbyś być dzieckiem jakiejś sławnej osoby?
9. Jaki jest twój ulubiony film, który mogłabyś oglądać milion razy?
10. Jaka piosenka kojarzy się Tobie z wakacjami?
Pytania do mnie:
2. Gdybyś miała się stać kimś innym na jeden dzień to kto by był?
3. Co sądzisz o muzyce z lat 80.?
4. Jaka subkultura wg Ciebie nie reprezentuje sobą nic szczególnego?
5. Gdybyś miała do końca życia chodzić na wszystkie koncertu jakiegoś zespołu to jaki to byłby zespół?
6. Czy kiedyś teledyski były sztuką?
7. Co potrafi u ciebie wywołać uśmiech nawet jeżeli jesteś bardzo zdołowana?
8. Chciałbyś być dzieckiem jakiejś sławnej osoby?
9. Jaki jest twój ulubiony film, który mogłabyś oglądać milion razy?
10. Jaka piosenka kojarzy się Tobie z wakacjami?
Moje odpowiedzi:
1. Hmm... już na samym początku takie trudne pytanie. Nie potrafię wybrać jednej. Niech będzie Velvet Revolver - Libertad (na tą chwilę).
2. Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałam... Myślę, że byłaby to Billie Perry, bo fajnie byłoby być żoną Joe Perry'ego i mieć jakieś wspomnienia z lat 80.
3. Jest najlepsza. Nigdy nie powstała i już nie powstanie muzyka mogąca równać się z tą z lat 80. I nie chodzi mi tylko o rocka (chociaż jest najlepszy), mam na myśli również takie bardziej popularne piosenki, puszczane w radiu. Są zupełnie inne od tych, które powstają teraz. Przede wszystkim są o czymś.
4. Dresy, o ile można to uznać za subkulturę.
5. Metallica - zdecydowanie i bez namysłu.
6. Oczywiście, że były. Opowiadały jakąś historię. Teraz - chodzi tylko o to, żeby pokazać gołą babę.
7. Myślę, że moja przyjaciółka i jej czasem totalnie głupie, ale śmieszne teksty.
8. Czasem tak. Wiadomo, że zawsze fajnie jest pochwalić się, że jest się dzieckiem kogoś sławnego. Ale często równa się to również z nękającymi paparazzimi i może się spotkać z niechęcią rówieśników. Grunt to się nie wywyższać.
9. Dirty Dancing - mam do niego jakiś cholerny sentyment, Kruk - bo wszyscy kochamy rockmanów.
10. Dżem - Wehikuł Czasu.
Nominowane przeze mnie blogi:
http://isjustalittlepatience.blogspot.com/
http://i-try-and-feel-the-sunshine.blogspot.com/
http://the-flames-burned-out.blogspot.com/
http://never-too-young-to-die.blogspot.com/
http://crazy-rock-life.blogspot.com/
http://im-in-a-trance.blogspot.com/
http://marynowana-lasica.blogspot.com/
Pytania do Was:
1. Co jest dla Ciebie najważniejsze?
2. Gdybyś spotkała złotą rybkę, jakie byłyby Twoje 3 życzenia?
3. Twoja ulubiona piosenka na ten moment?
4. Wyobraź sobie, że przypadkiem spotykasz swojego idola. Co robisz?
5. Jaką książkę poleciłabyś komuś nieznajomemu?
6. Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłaś w życiu?
7. Które trzy słowa najlepiej opisałyby Twoją osobowość?
8. Co najczęściej robisz/Twoje hobby?
9. Czy okłamałabyś bliską Ci osobę, jeśli prawda byłaby bolesna?
10. Gdybyś mogła mieszkać gdzie indziej, gdzie by to było?
I przy okazji mam małą informację dla osób czekających na jakiś nowy rozdział (o ile takowe są): przez najbliższe dni, tygodnie, a może nawet miesiące na obydwu moich blogach nie pojawi się nic nowego. Powód? Brak czasu, weny, szkoła i czekająca mnie w tym roku matura. Dlatego w najbliższym czasie nie spodziewajcie się niczego nowego. Co prawda nowy rozdział jest napisany do połowy, lecz nie mam pojęcia kiedy go skończę. Ale ja tu wrócę! :)
Nominowane przeze mnie blogi:
http://isjustalittlepatience.blogspot.com/
http://i-try-and-feel-the-sunshine.blogspot.com/
http://the-flames-burned-out.blogspot.com/
http://never-too-young-to-die.blogspot.com/
http://crazy-rock-life.blogspot.com/
http://im-in-a-trance.blogspot.com/
http://marynowana-lasica.blogspot.com/
Pytania do Was:
1. Co jest dla Ciebie najważniejsze?
2. Gdybyś spotkała złotą rybkę, jakie byłyby Twoje 3 życzenia?
3. Twoja ulubiona piosenka na ten moment?
4. Wyobraź sobie, że przypadkiem spotykasz swojego idola. Co robisz?
5. Jaką książkę poleciłabyś komuś nieznajomemu?
6. Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłaś w życiu?
7. Które trzy słowa najlepiej opisałyby Twoją osobowość?
8. Co najczęściej robisz/Twoje hobby?
9. Czy okłamałabyś bliską Ci osobę, jeśli prawda byłaby bolesna?
10. Gdybyś mogła mieszkać gdzie indziej, gdzie by to było?
I przy okazji mam małą informację dla osób czekających na jakiś nowy rozdział (o ile takowe są): przez najbliższe dni, tygodnie, a może nawet miesiące na obydwu moich blogach nie pojawi się nic nowego. Powód? Brak czasu, weny, szkoła i czekająca mnie w tym roku matura. Dlatego w najbliższym czasie nie spodziewajcie się niczego nowego. Co prawda nowy rozdział jest napisany do połowy, lecz nie mam pojęcia kiedy go skończę. Ale ja tu wrócę! :)
środa, 7 sierpnia 2013
We All Fall Down
No i mamy drugi już dodatek na tym blogu. Mam taką prośbę, jako że pierwszy raz napisałam coś w takiej formie i w taki sposób, prosiłabym o komentarze. Nawet jeżeli Wam się nie spodoba, to krytykujcie, bo chcę wiedzieć, co o tym sądzicie. Mam nadzieję, że tego nie schrzaniłam ;)
Drobna dziewczyna stała przed oknem i wpatrywała się w miasto zasnute ścianą utworzoną z silnie zacinającego deszczu. Tego dnia nadeszło jakieś zupełne oberwanie chmury, bo niewiele było widać, więc blondynka doskonale widziała swoje odbicie, które ukazywało jej smutną i przemęczoną twarz. Po chwili spuściła nieco wzrok na drobne kropelki czystej wody osiadłe na szybie okna. Niektóre z nich przyciągnięte siłą grawitacji zaczęły powolnie płynąć w dół, aby w końcu całkowicie zniknąć w drewnianej ramie. Widok ten przypomniał złotowłosej dziewczynie czasy dzieciństwa, kiedy jadąc samochodem z rodzicami obserwowała spadanie kropli i wyobrażała sobie, że są to wyścigi, a ona jest ich biernym obserwatorem. Zawsze jednak miała jakiegoś faworyta, którego po cichu dopingowała. Miała wtedy nie więcej niż 7 lat. Później wszystko się zmieniło i nie mogła sobie już pozwolić na taką beztroskę. Musiała nauczyć się żyć i radzić sobie. Zacisnęła mocno powieki, gdy przed oczyma stanął jej obraz sprzed 15 lat.
Mała blondynka siedziała na tylnym siedzeniu samochodu, podczas gdy jej rodzice zajmowali miejsca z przodu. Prowadził jej tata, trzydziestoletni brunet o szerokim uśmiechu i błyszczących oczach. Obok niego, na miejscu pasażera siedziała jej mama - najpiękniejsza kobieta, jaką mała Aly kiedykolwiek widziała. Dwudziestodziewięcioletnia kobieta o złotych włosach, które Aly po niej odziedziczyła, zawsze miała nienagannie uczesane, tego dnia jednak spięte zieloną spinką w luźnego koka. Kilka niesfornych kosmyków wyrwało się z upięcia, pod wpływem wiatru wiejącego przez otwarte okno, ale Molly zupełnie się tym nie przejęła, i żywo śpiewała z radiem piosenki Elvisa Presleya, jej największego idola. Mała Aly uśmiechała się tylko radośnie i raz na jakiś czas dołączała do matki. Te piosenki były jej dobrze znane, bo często gościły w jej domu. Rodzice opowiadali jej, że gdy była mała i nie chciała spać, włączali jej płytę Elvisa, a ona zasypiała momentalnie z lekkim uśmiechem na pucołowatej buzi. Aly wręcz uwielbiała takie ich beztroskie, rodzinne chwile, jak ta teraz, w samochodzie. Niestety były to ostatnie takie chwile ich trójki, jednak dziewczynka jeszcze o tym nie wiedziała.
Po policzku dorosłej już Alice popłynęło kilka słonych łez, które po wypłynięciu z jej oczu zmieszały się z kroplami deszczu spływającymi z okna. Dwa dni później jej matka zażądała od ojca rozwodu i tak po prostu odeszła. Nie zabierając ze sobą małej dziewczynki, która w tym momencie nie rozumiała dlaczego jej mama zostawia ją bez słów wyjaśnienia. I to był ostatni moment, w którym blondynka widziała swoją matkę. Po rozwodzie ojciec zabrał Aly i wyprowadził się do Lawrence w stanie Massachusetts, gdzie dziewczyna kilka lat później poznała niesfornego chłopaka o imieniu Joe. Ich znajomość nigdy nie była zwyczajna, pospolita. A zaczęła się równie niebanalnie.
Była piątkowa noc. Alice smacznie już spała w swoim miękkim łóżku, gdy usłyszała głośny trzask drzwi. Momentalnie otworzyła oczy tknięta dziwnym przeczuciem. W pierwszym momencie pomyślała, że to może być jej tata wracający z pracy, ale po chwili przypomniała sobie, że jej ojciec już dawno wrócił, gdy ona jadła późną kolację. Nie zastanawiając się długo, wstała i najciszej jak umiała, wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi w taki sposób, żeby nie wydały z siebie żadnego dźwięku zdradzającego jej obecność. Na palcach przeszła kilka kroków i zatrzymała się u szczytu schodów opierając ręce na balustradzie i delikatnie wychylając do przodu, aby móc zobaczyć kto właśnie grasuje w jej salonie. Była gotowa w każdej chwili zawrócić i wezwać policję, gdyby tą osobą okazał się włamywacz. Aly aż wstrzymała oddech, kiedy rozpoznała Joe - chłopaka, z którym chodziła do jednej szkoły, mieszkała dom w dom, a który chyba nawet nie wiedział o jej istnieniu. Kiedy brunet chodząc po ciemku wpadł na drewniany stolik ustawiony w salonie, a ten wydał z siebie charakterystyczny dźwięk przesuwania drewna po podłodze, Aly szybko podeszła do pokoju swojego ojca i delikatnie otworzyła drzwi. Na szczęście pan Anderson nie obudził się, tylko przewrócił na drugi bok, głośno chrapiąc. Dziewczyna zamknęła drzwi i zbiegła ze schodów. Chcąc uniknąć kolejnych hałasów, po wejściu do salonu zapaliła lampę stojącą na stoliku. Nagłe rozbłyśnięcie światła zwróciło uwagę Joe, na co zareagował gwałtownym odwróceniem ciała. Kiedy zobaczył przed sobą młodą dziewczynę ubraną jedynie w koszulkę i kuse spodenki odsłaniające jej blade nogi zrobił głupią minę i wybełkotał:
- Co Ty robisz w moim salonie? - w tym momencie złotowłosa utwierdziła się tylko w przekonaniu, że jest on kompletnie pijany i w takim stanie musiał pomylić domy. Aly nakazała mu być ciszej nie chcąc budzić ojca, bo wiedziała, że byłaby z tego niezła afera i wytłumaczyła zdezorientowanemu brunetowi cała sytuację. Chłopak nic sobie z tego nie robiąc spytał, czy może u niej przenocować. Zrobił to w taki sposób, że dziewczyna nie była w stanie mu odmówić. Zresztą domyślała się, że pewnie dostało by mu się od rodziców, gdyby zobaczyli, że wrócił o tak późnej porze i to na dodatek pijany. Tak to zawsze może skłamać, że spał u kolegi. I tak oto Joe nocował w jej pokoju, a następnego dnia przegadali cały ranek i przedpołudnie. Aly miała wtedy 15 lat, Joe 17.
I właśnie tak zaczęła się ich znajomość. Która niewątpliwie zmieniła dziewczynę. I to w sposób nieodwracalny. Pod wpływem Joe, Aly zmieniła się z dziewczyny zafascynowanej Audrey Hepburn i Marliyn Monroe w rockmenkę z krwi i kości. Zaczęła przeklinać, pić, palić i to właśnie u niego i z nim po raz pierwszy spróbowała narkotyków. Może nie było tego wiele, ale wystarczyło, żeby po kilku razach można było mówić o uzależnieniu ich obojga. Zaczęło się chodzenie na imprezy i wracanie do domu grubo po północy na dodatek w stanie ewidentnie wskazującym na spożycie. Aly podobało się takie życie, właśnie wtedy czuła, że naprawdę żyje i czerpie garściami z każdej chwili. Po kilku tygodniach ona i brunet zostali parą. Ona była dla niego Lisą, ona dla niej Joey'em. Było im dobrze razem. Spotykali się praktycznie codziennie, raz u niej, raz u niego, czasem u Stevena - najlepszego przyjaciela Joe - na wspólne słuchanie muzyki i ćpanie. Wkrótce później Joe i Steven razem z kilkoma kumplami założyli zespół i byli tak pochłonięci graniem, że brunet miał coraz mniej czasu dla swojej dziewczyny. Oczywiście zabierał ją ze sobą na próby, ale wtedy i tak nie zwracał na nią uwagi. Aly czuła się odtrącona i zaniedbana. Nie omieszkała mu tego wypominać, gdy siedzieli później sami w jego pokoju, ale on wtedy tylko uśmiechał się, mówił "Lise, nie gadaj głupot" i skutecznie odwracał jej uwagę. Właśnie podczas jednego takiego wieczoru zupełnie mu się oddała. Był jej pierwszym... i ostatnim.
Alice prychnęła cicho pod nosem przypominając sobie te chwile, a jej oddech utworzył parę wodną osiadłą na szybie. Wpatrywała się w nią przez chwilę, aż zupełnie niekontrolowanie podniosła do góry palec i nakreśliła wzory układające się w tak dobrze znane jej imię i nazwisko. Kiedy spostrzegła, co stworzyła, momentalnie zmazała napis jednym ruchem dłoni.
Po tym wydarzeniu Aly zrozumiała, że kocha Joe. Miłością bezwarunkową i nieskończoną. Był taki czuły, że dziewczyna była przekonana, iż już zawsze będą razem. W końcu taka miłość zdarza się tylko raz w życiu - myślała. I kiedy pewnego czerwcowego popołudnia zabrał ją na przejażdżkę swoim nowym motocyklem, którego niedawno dostał w prezencie od rodziców, stojąc do niego przytulona podczas, gdy on opierał się o maszynę, opowiedziała mu o swoich przemyśleniach sprzed kilku dni. Poczuła wyraźną i nagłą zmianę nastroju chłopaka. Wcześniej uśmiechnięty i wyluzowany, teraz wydawał się spięty i przestraszony. Być może to był pierwszy znak, który Aly powinna odczytać, ale nie zrobiła tego, bo Joe znów odwrócił jej uwagę słodkimi pocałunkami, a później miłą zabawą na motocyklu.
A kilka dni później przestał się do niej odzywać. Nie odpowiadał na telefony, unikał spotkań z nią, zawsze miał jakąś wymówkę. Kiedy usłyszała od jakiejś życzliwej osoby, że Joe ma kogoś innego nie chciała w to wierzyć. Nie, Joey by tego nie zrobił. Nie jej Joey. Ale ziarno niepewności zostało zasiane i jeszcze tego samego dnia, Aly jak burza wparowała na próbę jego zespołu. Zapytała go wprost, czy to co usłyszała, jest prawdą, a on tak po prostu jej przytaknął. Aly zabrakło tchu w płucach, więc otworzyła szeroko usta, żeby zaczerpnąć powietrza.
- Więc kim ja dla Ciebie jestem?
- Teraz? Teraz jesteś zajebistym wspomnieniem. - odpowiedział patrząc jej prosto w oczy, a ona nie mogąc znieść takiego upokorzenia przed całym zespołem wybiegła z garażu i zaszyła się w swoim pokoju, po czym zażyła wszystkie narkotyki, które znalazła w domu, a nie było tego dużo, bo zawsze bała się, że jej ojciec je znajdzie. Kiedy stwierdziła, że nie czuje żadnej ulgi, poszła do znajomego dilera po więcej. I właśnie w tym dniu rozpoczęła z nim współpracę, która trwała jeszcze bardzo długo.
Tamtego dnia nie zabiła się, ale po dziś dzień czuje, że każdy dzień zabija ją coraz bardziej. Nigdy później już się nie zakochała, bo cały czas kocha jednego, tego samego mężczyznę. Kilka dni później Joe wyjechał do Los Angeles robić karierę, a ona została ze złamanym sercem i zniszczoną psychiką. A miała wtedy dopiero 17 lat. Dziś brunet jest jednym z najsłynniejszych i najlepszych gitarzystów na świecie, a ona nawet nie skończyła college'u, bo tak zatraciła się w dragach, że niedawno trafiła do ośrodka odwykowego, w którym pozostaje do teraz. Sama na tym świecie. Atak serca zabrał jej ojca dwa lata temu.
Oderwała wzrok od okna i podeszła do szafki, która stała przy łóżku w jej szpitalnym pokoju. Otworzyła ją i wyjęła malutką karteczkę, teraz już wyraźnie pożółkłą i wymiętą, jednak z idealnie odczytywalnym na niej napisem:
Drobna dziewczyna stała przed oknem i wpatrywała się w miasto zasnute ścianą utworzoną z silnie zacinającego deszczu. Tego dnia nadeszło jakieś zupełne oberwanie chmury, bo niewiele było widać, więc blondynka doskonale widziała swoje odbicie, które ukazywało jej smutną i przemęczoną twarz. Po chwili spuściła nieco wzrok na drobne kropelki czystej wody osiadłe na szybie okna. Niektóre z nich przyciągnięte siłą grawitacji zaczęły powolnie płynąć w dół, aby w końcu całkowicie zniknąć w drewnianej ramie. Widok ten przypomniał złotowłosej dziewczynie czasy dzieciństwa, kiedy jadąc samochodem z rodzicami obserwowała spadanie kropli i wyobrażała sobie, że są to wyścigi, a ona jest ich biernym obserwatorem. Zawsze jednak miała jakiegoś faworyta, którego po cichu dopingowała. Miała wtedy nie więcej niż 7 lat. Później wszystko się zmieniło i nie mogła sobie już pozwolić na taką beztroskę. Musiała nauczyć się żyć i radzić sobie. Zacisnęła mocno powieki, gdy przed oczyma stanął jej obraz sprzed 15 lat.
Mała blondynka siedziała na tylnym siedzeniu samochodu, podczas gdy jej rodzice zajmowali miejsca z przodu. Prowadził jej tata, trzydziestoletni brunet o szerokim uśmiechu i błyszczących oczach. Obok niego, na miejscu pasażera siedziała jej mama - najpiękniejsza kobieta, jaką mała Aly kiedykolwiek widziała. Dwudziestodziewięcioletnia kobieta o złotych włosach, które Aly po niej odziedziczyła, zawsze miała nienagannie uczesane, tego dnia jednak spięte zieloną spinką w luźnego koka. Kilka niesfornych kosmyków wyrwało się z upięcia, pod wpływem wiatru wiejącego przez otwarte okno, ale Molly zupełnie się tym nie przejęła, i żywo śpiewała z radiem piosenki Elvisa Presleya, jej największego idola. Mała Aly uśmiechała się tylko radośnie i raz na jakiś czas dołączała do matki. Te piosenki były jej dobrze znane, bo często gościły w jej domu. Rodzice opowiadali jej, że gdy była mała i nie chciała spać, włączali jej płytę Elvisa, a ona zasypiała momentalnie z lekkim uśmiechem na pucołowatej buzi. Aly wręcz uwielbiała takie ich beztroskie, rodzinne chwile, jak ta teraz, w samochodzie. Niestety były to ostatnie takie chwile ich trójki, jednak dziewczynka jeszcze o tym nie wiedziała.
Po policzku dorosłej już Alice popłynęło kilka słonych łez, które po wypłynięciu z jej oczu zmieszały się z kroplami deszczu spływającymi z okna. Dwa dni później jej matka zażądała od ojca rozwodu i tak po prostu odeszła. Nie zabierając ze sobą małej dziewczynki, która w tym momencie nie rozumiała dlaczego jej mama zostawia ją bez słów wyjaśnienia. I to był ostatni moment, w którym blondynka widziała swoją matkę. Po rozwodzie ojciec zabrał Aly i wyprowadził się do Lawrence w stanie Massachusetts, gdzie dziewczyna kilka lat później poznała niesfornego chłopaka o imieniu Joe. Ich znajomość nigdy nie była zwyczajna, pospolita. A zaczęła się równie niebanalnie.
Była piątkowa noc. Alice smacznie już spała w swoim miękkim łóżku, gdy usłyszała głośny trzask drzwi. Momentalnie otworzyła oczy tknięta dziwnym przeczuciem. W pierwszym momencie pomyślała, że to może być jej tata wracający z pracy, ale po chwili przypomniała sobie, że jej ojciec już dawno wrócił, gdy ona jadła późną kolację. Nie zastanawiając się długo, wstała i najciszej jak umiała, wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi w taki sposób, żeby nie wydały z siebie żadnego dźwięku zdradzającego jej obecność. Na palcach przeszła kilka kroków i zatrzymała się u szczytu schodów opierając ręce na balustradzie i delikatnie wychylając do przodu, aby móc zobaczyć kto właśnie grasuje w jej salonie. Była gotowa w każdej chwili zawrócić i wezwać policję, gdyby tą osobą okazał się włamywacz. Aly aż wstrzymała oddech, kiedy rozpoznała Joe - chłopaka, z którym chodziła do jednej szkoły, mieszkała dom w dom, a który chyba nawet nie wiedział o jej istnieniu. Kiedy brunet chodząc po ciemku wpadł na drewniany stolik ustawiony w salonie, a ten wydał z siebie charakterystyczny dźwięk przesuwania drewna po podłodze, Aly szybko podeszła do pokoju swojego ojca i delikatnie otworzyła drzwi. Na szczęście pan Anderson nie obudził się, tylko przewrócił na drugi bok, głośno chrapiąc. Dziewczyna zamknęła drzwi i zbiegła ze schodów. Chcąc uniknąć kolejnych hałasów, po wejściu do salonu zapaliła lampę stojącą na stoliku. Nagłe rozbłyśnięcie światła zwróciło uwagę Joe, na co zareagował gwałtownym odwróceniem ciała. Kiedy zobaczył przed sobą młodą dziewczynę ubraną jedynie w koszulkę i kuse spodenki odsłaniające jej blade nogi zrobił głupią minę i wybełkotał:
- Co Ty robisz w moim salonie? - w tym momencie złotowłosa utwierdziła się tylko w przekonaniu, że jest on kompletnie pijany i w takim stanie musiał pomylić domy. Aly nakazała mu być ciszej nie chcąc budzić ojca, bo wiedziała, że byłaby z tego niezła afera i wytłumaczyła zdezorientowanemu brunetowi cała sytuację. Chłopak nic sobie z tego nie robiąc spytał, czy może u niej przenocować. Zrobił to w taki sposób, że dziewczyna nie była w stanie mu odmówić. Zresztą domyślała się, że pewnie dostało by mu się od rodziców, gdyby zobaczyli, że wrócił o tak późnej porze i to na dodatek pijany. Tak to zawsze może skłamać, że spał u kolegi. I tak oto Joe nocował w jej pokoju, a następnego dnia przegadali cały ranek i przedpołudnie. Aly miała wtedy 15 lat, Joe 17.
I właśnie tak zaczęła się ich znajomość. Która niewątpliwie zmieniła dziewczynę. I to w sposób nieodwracalny. Pod wpływem Joe, Aly zmieniła się z dziewczyny zafascynowanej Audrey Hepburn i Marliyn Monroe w rockmenkę z krwi i kości. Zaczęła przeklinać, pić, palić i to właśnie u niego i z nim po raz pierwszy spróbowała narkotyków. Może nie było tego wiele, ale wystarczyło, żeby po kilku razach można było mówić o uzależnieniu ich obojga. Zaczęło się chodzenie na imprezy i wracanie do domu grubo po północy na dodatek w stanie ewidentnie wskazującym na spożycie. Aly podobało się takie życie, właśnie wtedy czuła, że naprawdę żyje i czerpie garściami z każdej chwili. Po kilku tygodniach ona i brunet zostali parą. Ona była dla niego Lisą, ona dla niej Joey'em. Było im dobrze razem. Spotykali się praktycznie codziennie, raz u niej, raz u niego, czasem u Stevena - najlepszego przyjaciela Joe - na wspólne słuchanie muzyki i ćpanie. Wkrótce później Joe i Steven razem z kilkoma kumplami założyli zespół i byli tak pochłonięci graniem, że brunet miał coraz mniej czasu dla swojej dziewczyny. Oczywiście zabierał ją ze sobą na próby, ale wtedy i tak nie zwracał na nią uwagi. Aly czuła się odtrącona i zaniedbana. Nie omieszkała mu tego wypominać, gdy siedzieli później sami w jego pokoju, ale on wtedy tylko uśmiechał się, mówił "Lise, nie gadaj głupot" i skutecznie odwracał jej uwagę. Właśnie podczas jednego takiego wieczoru zupełnie mu się oddała. Był jej pierwszym... i ostatnim.
Alice prychnęła cicho pod nosem przypominając sobie te chwile, a jej oddech utworzył parę wodną osiadłą na szybie. Wpatrywała się w nią przez chwilę, aż zupełnie niekontrolowanie podniosła do góry palec i nakreśliła wzory układające się w tak dobrze znane jej imię i nazwisko. Kiedy spostrzegła, co stworzyła, momentalnie zmazała napis jednym ruchem dłoni.
Po tym wydarzeniu Aly zrozumiała, że kocha Joe. Miłością bezwarunkową i nieskończoną. Był taki czuły, że dziewczyna była przekonana, iż już zawsze będą razem. W końcu taka miłość zdarza się tylko raz w życiu - myślała. I kiedy pewnego czerwcowego popołudnia zabrał ją na przejażdżkę swoim nowym motocyklem, którego niedawno dostał w prezencie od rodziców, stojąc do niego przytulona podczas, gdy on opierał się o maszynę, opowiedziała mu o swoich przemyśleniach sprzed kilku dni. Poczuła wyraźną i nagłą zmianę nastroju chłopaka. Wcześniej uśmiechnięty i wyluzowany, teraz wydawał się spięty i przestraszony. Być może to był pierwszy znak, który Aly powinna odczytać, ale nie zrobiła tego, bo Joe znów odwrócił jej uwagę słodkimi pocałunkami, a później miłą zabawą na motocyklu.
A kilka dni później przestał się do niej odzywać. Nie odpowiadał na telefony, unikał spotkań z nią, zawsze miał jakąś wymówkę. Kiedy usłyszała od jakiejś życzliwej osoby, że Joe ma kogoś innego nie chciała w to wierzyć. Nie, Joey by tego nie zrobił. Nie jej Joey. Ale ziarno niepewności zostało zasiane i jeszcze tego samego dnia, Aly jak burza wparowała na próbę jego zespołu. Zapytała go wprost, czy to co usłyszała, jest prawdą, a on tak po prostu jej przytaknął. Aly zabrakło tchu w płucach, więc otworzyła szeroko usta, żeby zaczerpnąć powietrza.
- Więc kim ja dla Ciebie jestem?
- Teraz? Teraz jesteś zajebistym wspomnieniem. - odpowiedział patrząc jej prosto w oczy, a ona nie mogąc znieść takiego upokorzenia przed całym zespołem wybiegła z garażu i zaszyła się w swoim pokoju, po czym zażyła wszystkie narkotyki, które znalazła w domu, a nie było tego dużo, bo zawsze bała się, że jej ojciec je znajdzie. Kiedy stwierdziła, że nie czuje żadnej ulgi, poszła do znajomego dilera po więcej. I właśnie w tym dniu rozpoczęła z nim współpracę, która trwała jeszcze bardzo długo.
Tamtego dnia nie zabiła się, ale po dziś dzień czuje, że każdy dzień zabija ją coraz bardziej. Nigdy później już się nie zakochała, bo cały czas kocha jednego, tego samego mężczyznę. Kilka dni później Joe wyjechał do Los Angeles robić karierę, a ona została ze złamanym sercem i zniszczoną psychiką. A miała wtedy dopiero 17 lat. Dziś brunet jest jednym z najsłynniejszych i najlepszych gitarzystów na świecie, a ona nawet nie skończyła college'u, bo tak zatraciła się w dragach, że niedawno trafiła do ośrodka odwykowego, w którym pozostaje do teraz. Sama na tym świecie. Atak serca zabrał jej ojca dwa lata temu.
Oderwała wzrok od okna i podeszła do szafki, która stała przy łóżku w jej szpitalnym pokoju. Otworzyła ją i wyjęła malutką karteczkę, teraz już wyraźnie pożółkłą i wymiętą, jednak z idealnie odczytywalnym na niej napisem:
"Spotkajmy się jutro w 'Palmas',
a może lepiej w 'Trivium', tam jest kameralniej
Twój Joey <3"
a może lepiej w 'Trivium', tam jest kameralniej
Twój Joey <3"
To była jedyna kartka, którą Alice kiedykolwiek dostała od Joe. Dał ją dziewczynie pod koniec spotkania, na którym oficjalnie zostali parą.
Blondynka znów zerknęła wgłąb szafki i ujrzała kilkanaście małych, białych tabletek. Zbierała je już od jakiegoś czasu, bo miała co do nich pewien plan. Tak, chciała się zabić. Kiedy to postanowiła? Sama już dokładnie nie pamięta, ale było to chyba w tym właśnie dniu, w którym Joe ją porzucił. Czemu zwlekała tak długo? Chciała załatwić sprawę szybciej, ale nie zdążyła, bo została siłą zabrana na odwyk, a poza tym tak naprawdę nie miała w sobie tyle odwagi. Liczyła na to, że teraz nie stchórzy....
Usiadła na łóżku i wyjęła wszystkie tabletki kładąc je sobie na otwartej dłoni. Wbrew pozorom popełnienie samobójstwa na odwyku było rzeczą banalnie prostą. Wystarczyło tylko udawać, że zażywa się leki, które tutaj podają i gromadzić je w jakimś bezpiecznym miejscu. Szafek nigdy nie sprawdzali. Co prawda było to zadanie pracochłonne, ale opłacalne. Tak przynajmniej o tym myślała Aly.
Dziewczyna wpatrywała się w białe punkciki porozrzucane po całej powierzchni jej dłoni i pomyślała, jak bardzo nienawidzi Joe, a jednocześnie jak bardzo chce, żeby teraz był przy niej. Chciała jeszcze raz poczuć jego zapach, smak, dotyk, rozgrzane ciało pieszczące jej najdelikatniejsze i najwrażliwsze miejsca. Chciała chociaż raz jeszcze go zobaczyć. Co prawda mogła go sobie zobaczyć w gazetach, bo jego zespół zaczął odnosić sukcesy i był coraz bardziej znany, ale ona chciała go na żywo, tak, że mogłaby go dotknąć, poczuć zapach perfum. Jednak wiedziała, że to niemożliwe. Skąd? Bo już nie raz próbowała. Kiedyś nawet pojechała do Los Angeles mając nadzieję, że może jednak zmienił zdanie. Że ta dziewczyna okazała się największą pomyłką w jego życiu. Jakże się myliła...
Alice z bijącym sercem zapukała do drzwi jego mieszkania. Bała się spotkania z nim, a jednocześnie była tak podniecona, że nawet nie potrzebowała narkotyków, żeby się pobudzić. Po chwili usłyszała jakieś szmery, jakby ktoś dopiero wstawał z łóżka. A była już 12! Kilka sekund później drzwi się otworzyły, a w progu stanął Joe w samych spodenkach, które jak się domyśliła służyły mu za piżamę. Blondynce aż zabrakło tchu w piersiach. Gitarzysta wyglądał oszałamiająco! Był jeszcze piękniejszy, niż wtedy, kiedy widziała go po raz ostatni. Za to on nie wydawał się taki zadowolony, że ją widzi.
- Aly? - zapytał bardziej samego siebie. - Co Ty tu robisz?
- Joey... - szepnęła zbliżając się do niego o krok, jednak on się cofnął. - Przyjechałam do Ciebie.
- Skąd masz mój adres? - w jego tonie widocznie wyczuwalna była złość i irytacja, co zbiło nieco dziewczynę z tropu.
- Mam swoje sposoby. - wymruczała, chcąc obudzić w nim dawne uczucia. Tak naprawdę przyjechała do los Angeles i najzwyczajniej w świecie go śledziła. Niezbyt wyszukany sposób, ale była zdesperowana.
- Dobra, posłuchaj. - wziął głęboki oddech i przeczesał ręką włosy. - Nie obchodzi mnie po co tu przyjechałaś, skąd masz mój adres... Mam to w dupie... Wiedz tylko, że nie znaczysz już dla mnie nic. Tak, byłaś moją zabawką. - szybko dopowiedział, gdy zauważył, że Aly chce coś powiedzieć i zamknął jej drzwi przed nosem.
W blondynce wezbrała złość. To było już drugie upokorzenie z jego strony. Zdecydowanie o dwa za dużo.
Zabawką - powiedziała sama do siebie, a jej słowa szybko zgasły w osłupiającej ciszy panującej w pokoju, a na jej twarzy pojawiło się coś na kształt gorzkiego uśmiechu. Nie chciała zwlekać dłużej. Wiedziała, że za godzinę zacznie się obchód, a ona do tego czasu nie chciała już żyć. Nie zastanawiając się dłużej, żeby się przypadkiem nie rozmyślić przechyliła dłoń, a następnie połknęła wszystkie tabletki. W ustach poczuła okropny gorzki posmak, ale nie przejęła się tym i położyła swoje ciało na łóżku. Czuła jak coraz gorzej jej się oddycha, z trudem łapała powietrze.
- Pieprzony Joe Perry. - wyszeptała zaciskając dłonie w pięści, po czym zamknęła oczy na zawsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
